You are currently browsing the monthly archive for Czerwiec 2012.

Przed naszym nowowynajętym domkiem na południu Dublina stały dwa pojemniki na śmieci. Zielony, przeznaczony na papier i plastik oraz czarny, na pozostałe odpady. Dowiedzieliśmy się, że w pobliżu znajduje się również centrum recyklingu, w którym można zostawiać szkło i aluminium. W 2006 roku, na naszym krakowskim osiedlu nie było jeszcze, popularnych dziś, kolorowych pojemników. Dlatego z ciekawością obserwowaliśmy, z jaką fascynacją Lusia zabrała się do segregowania śmieci. Ponieważ nie dosięgała do kranu nad zlewem, opakowania po jogurtach płukała w łazienkowej umywalce. Bez względu na pogodę, maszerowała przed dom, żeby przesypać do zielonego pojemnika papierowo-plastikową zawartość kuchennego kosza, jak tylko był zapełniony. W soboty, po śniadaniu wyjmowała z ogrodowej szopki pudełko ze szkłem i przeciągała je pod drzwi domu. Wyprawa do centrum recyklingu stała się prawie tak atrakcyjna, jak wyjście do wesołego miasteczka.

Największą frajdą okazało się coroczne zawożenie choinki na Killiney Hill, gdzie po Bożym Narodzeniu, organizowany jest punkt składowania, niechcianych już, sosen i świerków. Lusia z dumą zanosiła też do szkoły zużyte baterie, które uprzednio pieczołowicie zbierała przez kilka miesięcy do specjalnej puszki. Regularnie dostawaliśmy także worki na zużyte ubrania od irlandzkiej organizacji, zajmującej się segregowaniem i przetwarzaniem tekstyliów.

Zupełnie inaczej do recyklingu podszedł Tusio.

Kosz do segregacji śmieci trzyleni dziś Tusio odkrył kilka miesięcy temu. Problem polegał na tym, że wrzucał do niego wszystko, co akurat uznał za zbędne. Ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Pewnego ranka, szukając skarpetek Tusia, w akcie desperacji, zajrzałam do kosza na plastik i papier. Nie znalazłam w nim, co prawda, skarpetek, ale na dnie dostrzegłam dwie kredki. Odtąd codziennie sprawdzałam bardzo dokładnie zawartość kosza. Udało mi się odzyskać płytę DVD, książeczkę z obrazkami, czapkę i kilka klocków.

Wracamy ze spaceru.  Tusio zdejmuje buty, myje rączki, zagląda w kilka kątów, uporczywie pociera oczy. „Tusiu nie trzej oczek, bo pobrudzisz sobie okulary”. Okulary! Gdzie są okulary?! Ja: „Tusiu gdzie położyłeś okularki?” Tusio: „Gdzie Tusio ma okularki?” Ja: „Tusiu gdzie są okularki?” Tusio: „Okularki recykling.” Tym razem z nadzieją zaglądam do kosza na plastik i papier”. Niestety… Zakładamy z powrotem buciki. Wracamy do miasteczka. W każdym sklepie pytam, czy ktoś znalazł dziecięce okulary. Niestety… Do dziś się nie znalazły. W każdym razie ja ich nie znalazłam. Zostały, w Tusiowi tylko znany sposób, zutylizowane. 100% plastik.

Sen z oczu spędza mi pytanie, jak bardzo kreatywny będzie recykling w wydaniu kilkunastomiesięcznej obecnie Róży.

Niedługo po przyjeździe do Irlandii, idąc rano po drobne zakupy, zauważyłam w naszej dzielnicy wzmożony ruch. Po ulicy przechadzali się ludzie, ubrani w stylu początków XX wieku. W kawiarniach, panie w sukniach sprzed wieku i panowie w melonikach prowadzili wesołe rozmowy przy porannej kawie. Przed jedną z restauracji stała pięknie udekorowana bryczka z wąsatym woźnicą. W tle żwawy kamerzysta. Aha, wszystko jasne, pomyślałam. Pewnie nagrywane są sceny do jakiegoś filmu.

Popołudniu wybrałam się z Lusią na spacer brzegiem morza. Kiedy zbliżałyśmy się do wieży Jamesa Joyce’a, spotkałyśmy rozbawione towarzystwo pań w kapeluszach i długich sukniach. „Happy Bloomsday” usłyszałam. Zaraz, zaraz, Bloomsday… Joyce… „Ulysses”! Tak, to musi mieć związek z Bloomem, bohaterem „Ulyssessa”. Od jednej z pań dowiedziałam się, że co roku, 16 czerwca oraz w tygodniu poprzedzającym, w Dun Laoghaire, Glasthule i Sandycove, odbywa się Bloomsday Festival, nawiązujący do bohatera „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a. Kolejna okazja do dobrej zabawy.

Wiele kawiarni, restauracji i pubów wystawia na ulicę dodatkowe stoliki, przygotowuje specjalne menu śniadaniowe i obiadowe. Właściciele okolicznych sklepików dekorują okna wystawowe tak, aby oddać klimat lat 20-tych ubiegłego wieku. W księgarniach promowane są dzieła Joyce’a. W wielu miejscach odbywa się czytanie fragmentów „Ulyssesa” lub można usłyszeć odtwarzaną z gramofonu muzykę z tamtych lat. Warto też sprawdzić repertuar pobliskiego Pavilion Theatre.

W tym roku postanowiliśmy w pełni poczuć klimat tego dnia. Przetrząsnęłam szafę i skompletowałam strój, którego nie powstydziłaby się sto lat temu mieszkanka Dublina: biała letnia sukienka do kostek, ozdobiona falbaną, kremowy płaszczyk do kolan z rękawami wykończonymi falbaną, na to kremowy koronkowy szal i oczywiście obowiązkowy kapelusz. Cała rodzina wyglądała imponująco! Miejscowi paparazzi, czyli starsze panie w kapeluszach i koronkowych rękawiczkach, zaskakiwały nas błyskiem aparatów fotograficznych. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w kawiarni 64, a obiad zjedliśmy w słynącej z wyśmienicie przyrządzanych dań rybnych, restauracji Cavistons. Atmosferę dnia podkreślały piosenki, śpiewane przez świetnie przygotowany chór męski.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeczytać od początku do końca tę niemal 1000-stronicową książkę!

Historia zdarzyła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy dwunastomiesięczny Tusio nauczył się chodzić. Jego ulubionym zajęciem stało się nanoszenie poprawek w zadaniach domowych Lusi i przestawianie zabawek w jej pokoju. To może jeszcze byłaby w stanie mu wybaczyć, ale pewnego dnia Tusio zauważył, że Lusia ma długie włosy. Pociąganie za warkocz stało się jego codziennym ulubionym rytuałem. Lusia coraz częściej komentowała różne wydarzenia, dodając: „ona to ma szczęście, ma starszą siostrę”, „myślałam, że on od razu będzie taki duży i fajny jak ja”.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce

Dotąd dzieliliśmy się z Pawłem opowiadaniem bajek na dobranoc. Kto akurat miał wolną chwilę przejmował wieczorne „usypianki”. Akcja moich bajek toczyła się zazwyczaj w zaczarowanej krainie koników, kotków, motylków, itp. Były skutecznie usypiające. Rzadko kiedy miałam okazję opowiedzieć zakończenie. Bajki Pawła były zabawne, Lusia często chichotała i namawiała go, żeby opowiedział następną. W związku z narastającym napięciem na linii Lusia-Tusio, wymyśliłam nową serię bajek. Były to historyjki o ślicznym kucyku, który bardzo lubił bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, wybaczał im wszelkie psoty i był bardzo pomocny dla swojej mamy. Po kilku dniach Lusia jasno wyraziła swoje zdanie: „Mama, znowu ta pouczająca bajka. Niech tata opowie mi super głupią bajkę o Misiu Fisiu Fiu Bździu. Please”. Wzięłam głębi wdech, później wydech. Pomyślałam „co za niewdzięczne dziecko, ale trzeba uwzględnić to please”. Powiedziałam „dobrze kochanie”. Przycupnęłam za drzwiami. Tak głupiej bajki jeszcze w życiu nie słyszałam, też coś. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że trzymam się za brzuch ze śmiechu.

Sobotni spacer

Tata, zobacz jakie fajne skały. Tam jest foka, prawda tata? Mama, czy mogłabyś pchać wózek z bobasami, bo chcę coś pokazać tacie. Pewnie, bobasy przynajmniej mnie docenią! Ale bobasy powoli przestają być bobasami. Lusia znajduje ptasie gniazdo w krzakach, tata musi je zobaczyć i znikają z pola widzenia. Z wózka odzywa się trzyletni Tusio „mama, gdzie tata?”

Jazda na rowerze

Pięcioletnia wtedy Lusia wraca ze szkoły z wiadomością, że wszyscy koledzy jeżdżą na rowerach, na dwóch kółkach. Jest piątek. Od poniedziałku biegam za nią, podtrzymując rower. Bez rezultatu. Sobota, Lusia z Pawłem ćwiczy utrzymywanie równowagi na rowerze. Po godzinie wracają uśmiechnięci od ucha do ucha. „Mama, podejdź do okna i patrz”. Lusia daje popis swoich umiejętności.

W szkole

Zaglądam do Lusi zeszytu z angielskiego. Opis długiego weekendu: „Piątek – jeździłam na rowerze, a tata biegał, sobota – tata biegał, a ja jeździłam na rowerze, niedziela – byłam z tatą na placu zabaw, poniedziałek – jeździłam z tatą na rolkach”. Pod spodem dopisek wychowawcy „fajny tata”. Zagaduję Lusię: „Bardzo ładnie napisałaś. Ale byłaś też ze mną w National Gallery i na koniach”. Lusia: „oops, zapomniałam.”

Punkt widzenia

Postanawiam spojrzeć na całość z innej strony. Skoro tata wie i robi wszystko najlepiej, to świetnie. Odtąd tata biega za dziećmi, które uczą się chodzić, jeździć na hulajnodze, zjeżdżać ze zjeżdżalni. W ostatnią sobotę na przykład wraca zmęczony po wyprawie na pobliskie wzgórze. „Popularność jest jednak wyczerpująca” oznajmia. „Zdrzemnij się godzinkę” proponuję. Bawię się z dziećmi w ogródku. Lusia robi notatki w swoim pamiętniku. Po kilku minutach przez otwarte okno sypialni dobiega jej donośny głos: „Tata, jak nazywa się ten piłkarz, co strzelił gola dla Polski w piątek?” Paweł zaspanym głosem przypomina, że miała mnie o wszystko pytać, kiedy on śpi. „Tak, ale mama nie zna się na futbolu, prawda tata?”

Grunt to pozytywne myślenie i dobra organizacja, prawda tata?

Wczorajszy poranek spędziłam na śniadaniu charytatywnym, które zorganizowała jedna z moich irlandzkich koleżanek. Joan organizuje kilka takich spotkań w ciągu roku. Podczas śniadań odbywa się dyskretna zbiórka na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej. Jest to jednocześnie świetna okazja dla wszystkich zaproszonych osób, żeby odświeżyć dawne i zawrzeć nowe znajomości, czyli po prostu dobrze się bawić w miłym towarzystwie.

Tym razem wspieramy lokalne hospicjum w ramach Hospice Sunflower Days.

Naciskam dzwonek. Jak zawsze radosna Joan otwiera drzwi. W kuchni jest już kilka osób. Przechodzimy do gustownie urządzonego salonu. Podziwiamy pięknie udekorowany stół ze słodkościami. Za oknem leje deszcz. Jak dobrze ogrzać się gorącą filiżanką kawy. Żartuję, że czuję się jak na przyjęciu dla celebrities.  Wtedy wstaje Rachel i włącza telewizor. Prezentuje nam wywiad, którego jej siostra, Susan, udzieliła poprzedniego dnia w programie, promującym kwestowanie na rzecz hospicjów. Susan odpowiada za duże ogólnokrajowe projekty w jednej z organizacji charytatywnych. Joan puszcza do mnie oko i pyta, czy miałam okazję założyć buty, które dostałam podczas charytatywnego wieczoru sprzed kilku miesięcy.

W październiku Joan postanowiła, zamiast tradycyjnego już śniadania, urządzić wieczorne przyjęcie. W śniadanich zazwyczaj uczestniczą osoby bez zawodowych zobowiązań. Wpadają na godzinkę, wychodzą, za chwilę dołączają inni. Większość, tak jak ja, przychodzi z małymi dziećmi. Dzieci buszują w ogrodzie albo badają zawartość specjalnie przygotowanego pudełka z zabawkami.

Wieczorne spotkanie charytatywne było zupełnie inne. Przede wszystkim wzięło w nim udział dużo więcej osób, bo dołączyły do nas również zaangażowane zawodowo koleżanki.  Poza tym, był to zupełnie wolny wieczór dla każdej z nas. Dzieci smacznie spały we własnych łóżkach, pod opieką naszych mężów, partnerów lub niań. Dodatkowo, tym razem Joan wpadła na pomysł, żeby każda z nas przyniosła eleganckie rzeczy, których już nie używa (torebki, paski, apaszki). Podczas przyjęcia, poza zbiórką pieniedzy na rzecz Breast Cancer Ireland, miałyśmy wymienić się przyniesionymi rzeczmi, tak, żeby każdy wrócił do domu z czymś nowym-dla-niego. Moją pamiątką tego wieczoru są piękne satynowe pantofelki. Pani, która je przyniosła, opowiedziała taką oto historię: Co roku, w dniu urodzin dostawała od męża ogromny bukiet kwiatów. Uważała, że był to bardzo romantyczny gest. Z biegiem lat stała się jednak bardziej praktyczna i zaproponowała mężowi, żeby kupił jej prezent, którym mogłaby się cieszyć dłużej niż dwa tygodnie. Dostała te właśnie śliczne satynowe pantofelki, prosto z pracowni francuskiego projektanta. Cieszyła się nimi co prawda przez ponad rok, ale nigdy ich nie założyła. Rozmiar był zbyt mały, a butów nie można było wymienić. Marzeniem ich właścicielki było, żeby przekazać je komuś, kto bedzie je nosił. Tamtego wieczoru miałyśmy na sobie wieczorowe suknie. Moja była w kolorze tych satynowych butów. Ktoś mi je podał, prosząc, żebym przymierzyła. Pasowały idealnie. Wróciłam w nich do domu. (Pawel o dziwo zauważyl, że mam na sobie inne buty, niż te, w których wyszłam).

Buty zakładam na wyjątkowe okazje. Na przykład, żeby powitać Pawła, który wraca z Phoenix Park, z 10-kilometrowego charytatywnego biegu księgowych na rzecz profilaktyki chorób serca. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wyciągnąć zza biurek dziesiątki młodych ludzi z jednej branży, uświadomić im, jakie są konsekwencje prowadzenia „osiadłego” i pełnego stresów trybu życia, zachęcić ich do uprawiania sportu. Przy tym odbyła się zbiórka na Irish Heart Foundation.

Dzięki takim zdeterminowanym ludziom jak Joan, pomoc trafia do tych, którzy jej naprawdę potrzebują: specjalistycznych szpitali, hospicjów, ludzi bez domu. Niesamowita jest różnorodność pomysłów na zdobywanie finansowania akcji charytatywnych, z jakimi zetknęłam się w Dublinie. Pozytywne łączenie przyjemnego z pożytecznym.

Minęło kilka dni naszego „irlandzkiego życia”. Znajomi, którzy rok wcześniej przyjechali do Dublina, zaprosili nas na sobotni obiad. Plan na rano – spać tak długo, jak to możliwe, żeby wypocząć po całym tygodniu. O świcie budzi nas dzwonek telefonu. Zmiana planów, propozycja nie do odrzucenia: pogoda wyjątkowo piękna, zaproszenie na obiad skasowane, w zamian za to piknik nad brzegiem jeziora ok. 45km od Dublina. Mamy spotkać się tam o 9:00, bo później może nie być wolnych miejsc parkingowych. Zrywamy się z łóżka, żeby pozbierać rzeczy, które mogłyby nam się przydać. To całodniowa wycieczka. Lusia przeciera zaspane oczy. Nie może doczekać się spotkania z dziećmi znajomych. Paweł sprawdza trasę. W drodze do Glendalough nie mam najlepszego humoru. Spontaniczność spontanicznością, ale czy oni musieli akurat dzisiaj jechać nad to jezioro? Na miejscu jest pięknie. Jezioro otoczone pagórkami i lasem. Fantastyczne powietrze, malownicze trasy spacerowe, zadbana przestrzeń do piknikowania. W pobliżu zabytki sprzed wieków.

                          

Znajomi są świetnie przygotowani do spędzenia dnia na świeżym powietrzu. Wyjaśniają, że Irlandia nauczyła ich, żeby cieszyć się z każdego dnia, w kórym świeci słońce. Ich piknikowy koszyk jest zawsze w pogotowiu. Obiad w domowym zaciszu można zorganizować kiedykolwiek. Piknik nad jeziorem, jeśli jest taki właśnie słoneczny dzień.

Po kilku latach życia w Irlandii, też mam taki piknikowy koszyk. Zaakceptowałam fakt, że prawdopodobieństwo trafności prognozy pogody wynosi tu 50%.W korytarzu stoi 5 par kaloszy (jest nas już piątka). Ostatecznie ile dni można siedzieć w domu w oczekiwaniu na suszę? Z pustego w próżne można równie dobrze przelewać łopatką wodę z kałuży, jak i przesypywać piasek na plaży.

Dostaję kartkę informującą o planowanej wycieczce szkolnej. Obowiązkowy dopisek „zależnie od pogody”. Dziś rano świeciło słońce, ale gromadzące się chmury nie wróżą słonecznego popołudnia. Trzyletni Tusio odważnie zanurza bosą stopę w morskiej wodzie. „Mama jaka ta woda?” Ciepła – jak na Irlandię.

Drugi dzień w Dublinie, niedziela. Pogoda wymarzona na spacer. Wychodzimy z domu, zamykam drzwi. Sięgam do torebki po klucz. Klucz został w domu w innej torebce. Sięgam do klamki, żeby się wrócić, ale zamiast klamki jest okrągły uchwyt. Przypominam sobie, że od wewnątrz jest zamek zatrzaskowy. W momencie zamknięcia drzwi, zamek zatrzaskuje się i można go odblokować z zewnątrz tylko kluczem. Paweł bawi się z Lusią przed domem w berka. On też nie wziął ze sobą klucza. Szybka ocena sytuacji. Właściciel przekazał nam dwie pary kluczy, czyli wszystkie. Możemy poszukać ślusarza, ale jest niedziela. W sypialni na piętrze zostawiliśmy otwarte okno. Gdybyśmy mieli drabinę… Pukamy do domu naprzeciwko. Otwiera uśmiechnięta Irlandka, około 60-letnia. Przedstawiamy się i opowiadamy, co się stało. Jej mąż przynosi drabinę. Wchodzę do naszej sypialni na piętrze. Jesteśmy uratowani! Po chwili oblega nas gromadka dzieci. Zadają mnóstwo pytań, np.: czy kupiliśmy ten dom, gdzie pracujemy, skąd jesteśmy. No cóż, wchodząc do domu przez okno na piętrze, stałam się widoczna dla wszystkich mieszkańców osiedla. Dzieci przybiegły z gotowymi zestawami pytań. Od tego dnia przestajemy być anonimowi.

Dwa lata później, lipiec. Lusia spędza wakacje u babci w Polsce. Paweł w delegacji. Wychodzę rano do pracy, zamykam drzwi… Jest ósma rano. Sąsiad z naprzeciwka ma jeszcze zasłonięte rolety. Dzwonię do Pawła, żeby opowiedzieć, co mi się przytrafiło. W odpowiedzi słyszę „Kochanie, wszystko przewidziałem, dorobiłem klucz i zakopałem go w doniczce z drzewkiem ozdobnym.” Odbiera mi mowę. Znajduję klucz. Jest misternie zawinięty w foliowy woreczek, żeby się nie pobrudził ziemią. Ciekawe od jak dawna tu na mnie czeka!?

Od tamtej pory, bardzo uważam. Zanim wyjdę z domu, dwa razy sprawdzam, czy mam w torebce klucz. Ale miesiąc temu bardzo się spieszyłam, żeby odebrać Lusię ze szkoły. Dwa razy sprawdziłam, czy w torebce jest klucz i w momencie zatrzaskiwania się drzwi, zdałam sobie sprawę z tego, że torebka została w korytarzu. W torebce został telefon i portmonetka. Przed szkołą poprosiłam irlandzką koleżankę o użyczenie telefonu. Zadzwoniłam do Pawła. Tym razem nie zakopał zapasowego klucza przed domem. Ale na szczęście nie był też w delegacji. Godzinę później otworzył dom.

Problem klucza mamy już z głowy. Przecież „do trzech razy sztuka”.

Dziś mija 6 lat od mojej przeprowadzki do Irlandii.

Dlaczego w czerwcu 2006 roku wyjechałam z Polski i dlaczego do Irlandii?

Początek roku 2006. Mój mąż, Paweł, i ja mieliśmy ustabilizowane życie zawodowe. Jednak, mimo bardzo dobrych kwalifikacji, nie widzieliśmy perspektyw na dalszy rozwój w firmach, w których byliśmy zatrudnieni. Od kilku miesięcy cieszyliśmy się nowym wygodnym mieszkaniem na południu Krakowa. Nasza 2,5-letnia córeczka, Lusia, chętnie spędzała czas w osiedlowym przedszkolu. Zauważyliśmy, że szybko adaptuje się w nowym środowisku. Życie mogło spokojnie płynąć dalej… ale czuliśmy, że potrzebujemy zmian.

Jeśli zmiana, to dlaczego nie wywrócić wszystkiego do góry nogami?

Zaczęliśmy myśleć o pracy w Europie, o wyjeździe na 2 lata, żeby zdobyć doświadczenie międzynarodowe. Od dziecka lubiłam wyjazdy i podróże. Wypady w góry, rejsy jachtem po morzach Europy, zwiedzanie stolic, zagraniczne staże podczas studiów. Zawsze na krótko, z poczuciem, że za kilka tygodni wrócę do przyjemnego ciepłego domku. Tym razem chodziło o coś zupełnie innego, o porzucenie dotychczasowego życia. Byliśmy rodzicami, byliśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale także za Lusię. To wymagało przygotowań. Podjęliśmy decyzję. Paweł rozpoczął poszukiwania pracy, ja zapisałam sie na kurs angielskiego dla zaawansowanych. Nie mieliśmy preferencji co do kraju. Oboje znaliśmy język francuski, mój angielski wymagał „odkurzenia”. Plan był taki, że Paweł podejmie pracę, a ja zostanę z Lusią w domu, żeby mogła powoli przyzwyczaić się do nowego miejsca. Najciekawszą ofertę przedstawiła firma z Irlandii. Paweł był zachwycony Dublinem. Złożyliśmy wypowiedzenia.

Kierunek Dublin

Pod koniec marca polecieliśmy do Dublina, żeby wynająć mieszkanie. Lusia została z babcią. Zaplanowaliśmy, że przeznaczymy pięć dni na znalezienie mieszkania, a wieczory spędzimy na romantycznych spacerach po uliczkach Dublina. Odnaleźliśmy B&B, w którym mieliśmy zarezerwowane noclegi. Pomimo późnej pory, pani przywitała nas uśmiechem. Nagle na jej twarzy zamiast uśmiechu pojawiło się przerażenie. Byliśmy zdezorientowani. Czy po trzech godzinach lotu wyglądaliśmy aż tak źle? Przemknęło mi przez myśl, że właścicielka B&B nie wpuści nas do środka, ale ona zapanowała nad emocjami. Wyjaśniła nam, że obawia się, czy nasze dwie duże walizki zmieszczą się w pokoju, który dla nas przygotowała. Pokój rzeczywiście mógłby wygrać konkurs na zagospodarowanie przestrzeni użytkowej. Mieściło się w nim podwójne łóżko, miniszafa, jedna walizka i nasze stopy. Wpadliśmy na pomysł, żeby drugą walizkę postawić w łazience, ale w łazience mieściła się tylko jedna para stóp. Żeby zmieścić w pokoju drugą walizkę, musieliśmy wejść na łóżko. Nie mogłam zasnąć z rozbawienia. Rano obudził mnie deszcz bębniący o szyby. Wtedy zrozumiałam co oznacza powiedzenie „leje jak z cebra”. Pomimo deszczu, zdecydowaliśmy, że będziemy jeździć autobusami. Nie mieliśmy zbyt wiele oszczędności. Taksówki wydawały nam się bardzo drogie.

Poszukiwanie mieszkania

Byliśmy umówieni z trzema agencjami nieruchomości. Chcieliśmy wynająć mieszkanie w ładnej bezpiecznej dzielnicy blisko morza i podmiejskiego pociągu. Morze – żebyśmy miały z Lusią blisko na plażę; pociąg – żeby Paweł miał szybki transport do pracy w Centrum. Oglądając mieszkania i domy, w ciągu trzech dni zwiedziliśmy kilka dzielnic na południu Dublina: Sandymount, Blackrock, Dun Laoghaire, Glasthule, Sandycove, Dalkey i Killiney. Zaplanowaliśmy miesięczny budżet na wynajem mieszkania 1000EUR. Agenci nieruchomości poinformowali nas, że za taką cenę nie znajdziemy mieszkania w interesujących nas dzielnicach. Pokazano nam więc dom za 1000EUR w innej części Dublina. Ciemna uliczka wydawała się całkiem opustoszała, przed małymi domkami na całym osiedlu panował nieład, wewnątrz dom sprawiał jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie. Musieliśmy zwiększyć budżet. Mieszkanie w Sandymount, 35m2, 2 sypialnie, salon i kuchnia, przyjemnie urządzone, ale nie było szans, żeby zmieściły się w nim 3 walizki i 3 pary stóp. W Krakowie zostawiliśmy wygodny 65-metrowy apartament. Nie chcieliśmy przyjąć gorszych warunków. Szukamy dalej. Killiney, dom z trzema sypialniami, salonem i kuchnią, 1300EUR. Ładny, ale całkiem przeszklony. Czy będzie w nim ciepło zimą? Osiedle kilkudziesięciu domków, otoczone chaszczami. Nie ma śladu sklepu, przedszkola. O plażę już nawet nie pytam. Ciągle pada. Mam ze sobą 2 pary butów, obie są mokre. Zaczyna boleć mnie gardło, nie mogę nic przełknąć. Za trzy dni mam powrotny lot do Krakowa. Paweł ma rozpocząć pracę za tydzień. Postanawiamy przejrzeć nowe oferty w internecie. Jest dom w Glasthule, wynajem bezpośrednio od właściciela, 2 sypialnie, salon i kuchnia, 1300EUR. Mały domek, a taki drogi. Postanowiliśmy jednak zobaczyć. Już po wyjściu z pociągu zrozumieliśmy, dlaczego cena wynajmu jest tak wysoka. Dzielnica była po prostu śliczna. Jak wycinek z małego francuskiego miasteczka. Idąc ze stacji kolejowej DART do tego domu (10 minut), minęliśmy zielony skwer, kościół i kilkanaście sklepików z kolorowymi witrynami. Niestety standard domu nie spełniał naszych wymagań. Dwie sypialnie, ale w mniejszej piec gazowy. Kto zaprojektował dom z piecem gazowym w sypialni!? Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Poczułam, że mam gorączkę – 2 dni brodzenia w deszczu i zimnie zrobiły swoje. W butach chlupotała woda. Straciłam głos. Osiedle dwudziestu kolorowych domków było wymarzone, 5 minut spacerkiem nad morze, właściciel domu sympatyczny, ale dom w standardzie podstawowym, nie licząc dwóch dorodnych palm w ogródku. Pytanie czy znajdziemy lepszy dom w tej cenie. Ten był najlepszy z sześciu, które widzieliśmy. Poza tym, za rogiem jest bardzo dobra szkoła podstawowa, park i plac zabaw, a w okolicy kilka przedszkoli. Chrypliwym głosem zapytałam czy cena jest do negocjacji, 1250EUR. Wynajęliśmy ten dom.

Przeprowadzka

Koniec maja. Paweł pracuje na pełnych obrotach i przygotowuje „nasz irlandzki” dom do naszego przyjazdu. Trzeba dokupić kilka drobiazgów. Sporo rzeczy przywozimy z Polski. Pawła firma finansuje nam transport 60-ciu pudełek. Cały nasz dobytek: ubrania, zabawki, rowery. To wszystko trzeba spakować. Zajmuje mi to 3 długie dni. Ciężarówka z firmy transportowej zabiera przesyłkę. W nieznane. Kolega Lusi z przedszkola powiedział jej, że można wypaść przez okno samolotu. Kolejne dwa dni spędzam na przekonywaniu mojej 3-letniej córeczki, że to nie jest prawda. Moja 85-letnia babcia wpada na pomysł, żeby napisać do Lusi list „od pilota”. Kolejnego dnia w skrzynce znajdujemy list, podpisany przez pilota, o tym, że lot samolotem to fajna przygoda. Lusia nie może doczekać się wylotu. W samolocie miło spędzamy czas. Na lotnisku czeka Paweł. Układamy walizki na wózku lotniskowym. Lusia siada na górze. To największa frajda. Nawet dziś, chociaż ma już 9 lat, chce siadać na stercie walizek, ułożonych na lotniskowym wózku.

Jesteśmy w domu w Dublinie

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 33 obserwujących.

Czerwiec 2012
Pon W Śr C Pt S N
    Lip »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Blog Stats

  • 37,214 hits
%d blogerów lubi to: