Wczorajszy poranek spędziłam na śniadaniu charytatywnym, które zorganizowała jedna z moich irlandzkich koleżanek. Joan organizuje kilka takich spotkań w ciągu roku. Podczas śniadań odbywa się dyskretna zbiórka na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej. Jest to jednocześnie świetna okazja dla wszystkich zaproszonych osób, żeby odświeżyć dawne i zawrzeć nowe znajomości, czyli po prostu dobrze się bawić w miłym towarzystwie.

Tym razem wspieramy lokalne hospicjum w ramach Hospice Sunflower Days.

Naciskam dzwonek. Jak zawsze radosna Joan otwiera drzwi. W kuchni jest już kilka osób. Przechodzimy do gustownie urządzonego salonu. Podziwiamy pięknie udekorowany stół ze słodkościami. Za oknem leje deszcz. Jak dobrze ogrzać się gorącą filiżanką kawy. Żartuję, że czuję się jak na przyjęciu dla celebrities.  Wtedy wstaje Rachel i włącza telewizor. Prezentuje nam wywiad, którego jej siostra, Susan, udzieliła poprzedniego dnia w programie, promującym kwestowanie na rzecz hospicjów. Susan odpowiada za duże ogólnokrajowe projekty w jednej z organizacji charytatywnych. Joan puszcza do mnie oko i pyta, czy miałam okazję założyć buty, które dostałam podczas charytatywnego wieczoru sprzed kilku miesięcy.

W październiku Joan postanowiła, zamiast tradycyjnego już śniadania, urządzić wieczorne przyjęcie. W śniadanich zazwyczaj uczestniczą osoby bez zawodowych zobowiązań. Wpadają na godzinkę, wychodzą, za chwilę dołączają inni. Większość, tak jak ja, przychodzi z małymi dziećmi. Dzieci buszują w ogrodzie albo badają zawartość specjalnie przygotowanego pudełka z zabawkami.

Wieczorne spotkanie charytatywne było zupełnie inne. Przede wszystkim wzięło w nim udział dużo więcej osób, bo dołączyły do nas również zaangażowane zawodowo koleżanki.  Poza tym, był to zupełnie wolny wieczór dla każdej z nas. Dzieci smacznie spały we własnych łóżkach, pod opieką naszych mężów, partnerów lub niań. Dodatkowo, tym razem Joan wpadła na pomysł, żeby każda z nas przyniosła eleganckie rzeczy, których już nie używa (torebki, paski, apaszki). Podczas przyjęcia, poza zbiórką pieniedzy na rzecz Breast Cancer Ireland, miałyśmy wymienić się przyniesionymi rzeczmi, tak, żeby każdy wrócił do domu z czymś nowym-dla-niego. Moją pamiątką tego wieczoru są piękne satynowe pantofelki. Pani, która je przyniosła, opowiedziała taką oto historię: Co roku, w dniu urodzin dostawała od męża ogromny bukiet kwiatów. Uważała, że był to bardzo romantyczny gest. Z biegiem lat stała się jednak bardziej praktyczna i zaproponowała mężowi, żeby kupił jej prezent, którym mogłaby się cieszyć dłużej niż dwa tygodnie. Dostała te właśnie śliczne satynowe pantofelki, prosto z pracowni francuskiego projektanta. Cieszyła się nimi co prawda przez ponad rok, ale nigdy ich nie założyła. Rozmiar był zbyt mały, a butów nie można było wymienić. Marzeniem ich właścicielki było, żeby przekazać je komuś, kto bedzie je nosił. Tamtego wieczoru miałyśmy na sobie wieczorowe suknie. Moja była w kolorze tych satynowych butów. Ktoś mi je podał, prosząc, żebym przymierzyła. Pasowały idealnie. Wróciłam w nich do domu. (Pawel o dziwo zauważyl, że mam na sobie inne buty, niż te, w których wyszłam).

Buty zakładam na wyjątkowe okazje. Na przykład, żeby powitać Pawła, który wraca z Phoenix Park, z 10-kilometrowego charytatywnego biegu księgowych na rzecz profilaktyki chorób serca. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wyciągnąć zza biurek dziesiątki młodych ludzi z jednej branży, uświadomić im, jakie są konsekwencje prowadzenia „osiadłego” i pełnego stresów trybu życia, zachęcić ich do uprawiania sportu. Przy tym odbyła się zbiórka na Irish Heart Foundation.

Dzięki takim zdeterminowanym ludziom jak Joan, pomoc trafia do tych, którzy jej naprawdę potrzebują: specjalistycznych szpitali, hospicjów, ludzi bez domu. Niesamowita jest różnorodność pomysłów na zdobywanie finansowania akcji charytatywnych, z jakimi zetknęłam się w Dublinie. Pozytywne łączenie przyjemnego z pożytecznym.