Historia zdarzyła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy dwunastomiesięczny Tusio nauczył się chodzić. Jego ulubionym zajęciem stało się nanoszenie poprawek w zadaniach domowych Lusi i przestawianie zabawek w jej pokoju. To może jeszcze byłaby w stanie mu wybaczyć, ale pewnego dnia Tusio zauważył, że Lusia ma długie włosy. Pociąganie za warkocz stało się jego codziennym ulubionym rytuałem. Lusia coraz częściej komentowała różne wydarzenia, dodając: „ona to ma szczęście, ma starszą siostrę”, „myślałam, że on od razu będzie taki duży i fajny jak ja”.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce

Dotąd dzieliliśmy się z Pawłem opowiadaniem bajek na dobranoc. Kto akurat miał wolną chwilę przejmował wieczorne „usypianki”. Akcja moich bajek toczyła się zazwyczaj w zaczarowanej krainie koników, kotków, motylków, itp. Były skutecznie usypiające. Rzadko kiedy miałam okazję opowiedzieć zakończenie. Bajki Pawła były zabawne, Lusia często chichotała i namawiała go, żeby opowiedział następną. W związku z narastającym napięciem na linii Lusia-Tusio, wymyśliłam nową serię bajek. Były to historyjki o ślicznym kucyku, który bardzo lubił bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, wybaczał im wszelkie psoty i był bardzo pomocny dla swojej mamy. Po kilku dniach Lusia jasno wyraziła swoje zdanie: „Mama, znowu ta pouczająca bajka. Niech tata opowie mi super głupią bajkę o Misiu Fisiu Fiu Bździu. Please”. Wzięłam głębi wdech, później wydech. Pomyślałam „co za niewdzięczne dziecko, ale trzeba uwzględnić to please”. Powiedziałam „dobrze kochanie”. Przycupnęłam za drzwiami. Tak głupiej bajki jeszcze w życiu nie słyszałam, też coś. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że trzymam się za brzuch ze śmiechu.

Sobotni spacer

Tata, zobacz jakie fajne skały. Tam jest foka, prawda tata? Mama, czy mogłabyś pchać wózek z bobasami, bo chcę coś pokazać tacie. Pewnie, bobasy przynajmniej mnie docenią! Ale bobasy powoli przestają być bobasami. Lusia znajduje ptasie gniazdo w krzakach, tata musi je zobaczyć i znikają z pola widzenia. Z wózka odzywa się trzyletni Tusio „mama, gdzie tata?”

Jazda na rowerze

Pięcioletnia wtedy Lusia wraca ze szkoły z wiadomością, że wszyscy koledzy jeżdżą na rowerach, na dwóch kółkach. Jest piątek. Od poniedziałku biegam za nią, podtrzymując rower. Bez rezultatu. Sobota, Lusia z Pawłem ćwiczy utrzymywanie równowagi na rowerze. Po godzinie wracają uśmiechnięci od ucha do ucha. „Mama, podejdź do okna i patrz”. Lusia daje popis swoich umiejętności.

W szkole

Zaglądam do Lusi zeszytu z angielskiego. Opis długiego weekendu: „Piątek – jeździłam na rowerze, a tata biegał, sobota – tata biegał, a ja jeździłam na rowerze, niedziela – byłam z tatą na placu zabaw, poniedziałek – jeździłam z tatą na rolkach”. Pod spodem dopisek wychowawcy „fajny tata”. Zagaduję Lusię: „Bardzo ładnie napisałaś. Ale byłaś też ze mną w National Gallery i na koniach”. Lusia: „oops, zapomniałam.”

Punkt widzenia

Postanawiam spojrzeć na całość z innej strony. Skoro tata wie i robi wszystko najlepiej, to świetnie. Odtąd tata biega za dziećmi, które uczą się chodzić, jeździć na hulajnodze, zjeżdżać ze zjeżdżalni. W ostatnią sobotę na przykład wraca zmęczony po wyprawie na pobliskie wzgórze. „Popularność jest jednak wyczerpująca” oznajmia. „Zdrzemnij się godzinkę” proponuję. Bawię się z dziećmi w ogródku. Lusia robi notatki w swoim pamiętniku. Po kilku minutach przez otwarte okno sypialni dobiega jej donośny głos: „Tata, jak nazywa się ten piłkarz, co strzelił gola dla Polski w piątek?” Paweł zaspanym głosem przypomina, że miała mnie o wszystko pytać, kiedy on śpi. „Tak, ale mama nie zna się na futbolu, prawda tata?”

Grunt to pozytywne myślenie i dobra organizacja, prawda tata?