Niedługo po przyjeździe do Irlandii, idąc rano po drobne zakupy, zauważyłam w naszej dzielnicy wzmożony ruch. Po ulicy przechadzali się ludzie, ubrani w stylu początków XX wieku. W kawiarniach, panie w sukniach sprzed wieku i panowie w melonikach prowadzili wesołe rozmowy przy porannej kawie. Przed jedną z restauracji stała pięknie udekorowana bryczka z wąsatym woźnicą. W tle żwawy kamerzysta. Aha, wszystko jasne, pomyślałam. Pewnie nagrywane są sceny do jakiegoś filmu.

Popołudniu wybrałam się z Lusią na spacer brzegiem morza. Kiedy zbliżałyśmy się do wieży Jamesa Joyce’a, spotkałyśmy rozbawione towarzystwo pań w kapeluszach i długich sukniach. „Happy Bloomsday” usłyszałam. Zaraz, zaraz, Bloomsday… Joyce… „Ulysses”! Tak, to musi mieć związek z Bloomem, bohaterem „Ulyssessa”. Od jednej z pań dowiedziałam się, że co roku, 16 czerwca oraz w tygodniu poprzedzającym, w Dun Laoghaire, Glasthule i Sandycove, odbywa się Bloomsday Festival, nawiązujący do bohatera „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a. Kolejna okazja do dobrej zabawy.

Wiele kawiarni, restauracji i pubów wystawia na ulicę dodatkowe stoliki, przygotowuje specjalne menu śniadaniowe i obiadowe. Właściciele okolicznych sklepików dekorują okna wystawowe tak, aby oddać klimat lat 20-tych ubiegłego wieku. W księgarniach promowane są dzieła Joyce’a. W wielu miejscach odbywa się czytanie fragmentów „Ulyssesa” lub można usłyszeć odtwarzaną z gramofonu muzykę z tamtych lat. Warto też sprawdzić repertuar pobliskiego Pavilion Theatre.

W tym roku postanowiliśmy w pełni poczuć klimat tego dnia. Przetrząsnęłam szafę i skompletowałam strój, którego nie powstydziłaby się sto lat temu mieszkanka Dublina: biała letnia sukienka do kostek, ozdobiona falbaną, kremowy płaszczyk do kolan z rękawami wykończonymi falbaną, na to kremowy koronkowy szal i oczywiście obowiązkowy kapelusz. Cała rodzina wyglądała imponująco! Miejscowi paparazzi, czyli starsze panie w kapeluszach i koronkowych rękawiczkach, zaskakiwały nas błyskiem aparatów fotograficznych. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w kawiarni 64, a obiad zjedliśmy w słynącej z wyśmienicie przyrządzanych dań rybnych, restauracji Cavistons. Atmosferę dnia podkreślały piosenki, śpiewane przez świetnie przygotowany chór męski.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeczytać od początku do końca tę niemal 1000-stronicową książkę!