Przed naszym nowowynajętym domkiem na południu Dublina stały dwa pojemniki na śmieci. Zielony, przeznaczony na papier i plastik oraz czarny, na pozostałe odpady. Dowiedzieliśmy się, że w pobliżu znajduje się również centrum recyklingu, w którym można zostawiać szkło i aluminium. W 2006 roku, na naszym krakowskim osiedlu nie było jeszcze, popularnych dziś, kolorowych pojemników. Dlatego z ciekawością obserwowaliśmy, z jaką fascynacją Lusia zabrała się do segregowania śmieci. Ponieważ nie dosięgała do kranu nad zlewem, opakowania po jogurtach płukała w łazienkowej umywalce. Bez względu na pogodę, maszerowała przed dom, żeby przesypać do zielonego pojemnika papierowo-plastikową zawartość kuchennego kosza, jak tylko był zapełniony. W soboty, po śniadaniu wyjmowała z ogrodowej szopki pudełko ze szkłem i przeciągała je pod drzwi domu. Wyprawa do centrum recyklingu stała się prawie tak atrakcyjna, jak wyjście do wesołego miasteczka.

Największą frajdą okazało się coroczne zawożenie choinki na Killiney Hill, gdzie po Bożym Narodzeniu, organizowany jest punkt składowania, niechcianych już, sosen i świerków. Lusia z dumą zanosiła też do szkoły zużyte baterie, które uprzednio pieczołowicie zbierała przez kilka miesięcy do specjalnej puszki. Regularnie dostawaliśmy także worki na zużyte ubrania od irlandzkiej organizacji, zajmującej się segregowaniem i przetwarzaniem tekstyliów.

Zupełnie inaczej do recyklingu podszedł Tusio.

Kosz do segregacji śmieci trzyleni dziś Tusio odkrył kilka miesięcy temu. Problem polegał na tym, że wrzucał do niego wszystko, co akurat uznał za zbędne. Ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Pewnego ranka, szukając skarpetek Tusia, w akcie desperacji, zajrzałam do kosza na plastik i papier. Nie znalazłam w nim, co prawda, skarpetek, ale na dnie dostrzegłam dwie kredki. Odtąd codziennie sprawdzałam bardzo dokładnie zawartość kosza. Udało mi się odzyskać płytę DVD, książeczkę z obrazkami, czapkę i kilka klocków.

Wracamy ze spaceru.  Tusio zdejmuje buty, myje rączki, zagląda w kilka kątów, uporczywie pociera oczy. „Tusiu nie trzej oczek, bo pobrudzisz sobie okulary”. Okulary! Gdzie są okulary?! Ja: „Tusiu gdzie położyłeś okularki?” Tusio: „Gdzie Tusio ma okularki?” Ja: „Tusiu gdzie są okularki?” Tusio: „Okularki recykling.” Tym razem z nadzieją zaglądam do kosza na plastik i papier”. Niestety… Zakładamy z powrotem buciki. Wracamy do miasteczka. W każdym sklepie pytam, czy ktoś znalazł dziecięce okulary. Niestety… Do dziś się nie znalazły. W każdym razie ja ich nie znalazłam. Zostały, w Tusiowi tylko znany sposób, zutylizowane. 100% plastik.

Sen z oczu spędza mi pytanie, jak bardzo kreatywny będzie recykling w wydaniu kilkunastomiesięcznej obecnie Róży.