You are currently browsing the monthly archive for Lipiec 2012.

Pisząc o hodowli koni pełnej krwi w Tully, obok Kildare, wspomniałam o innej tamtejszej atrakcji turystycznej, ogrodach japońskich i ogrodzie św. Fiakriusza. Na mnie większe wrażenie zrobiły ogrody japońskie, ale pewnie zdania będą tu podzielone.

Ogrody japońskie

Zostały założone w latach 1906-1910 przez japońskiego ogrodnika Tassa Eida oraz jego syna Minoru. Poprzez odpowiednie rozplanowanie roślin, skał i wody, uzyskali oni symboliczną drogę, jaką przemierza człowiek (a właściwie mężczyzna), podczas swojego życia. W ogrodach oznaczono numerami aż 20 miejsc, przedstawiających w romantyczny sposób szczególne momenty życia.

I tak przespacerowaliśmy się od Bramy Zapomnienia i Groty Narodzin do Bramy Wieczności. Utknęliśmy już w Tunelu Ignorancji (3), gdzie Lusia z Tusiem zaczęli bawić się w chowanego. Na szczęście zostali stamtąd wypłoszeni przez kolejną zwiedzającą rodzinę. Wspięliśmy się na Wzgórze Nauki. Kiedy zbliżyliśmy się do wilczego dołu, zrozumiałam co to znaczy „mieć oczy dookoła głowy”. Następnym etapem było Rozdroże. I tu rozdzieliliśmy się, wbrew idei projektantów, żeby dogonić nasze, rozbiegające się dzieci. Ale dzięki temu Paweł miał wymówkę, żeby umknąć w ścieżkę stanu kawalarskiego, zamiast podążać ścieżką, prowadzącą do życia w małżeństwie. Dlatego też, nie odegraliśmy scenki zapoznania się na Wyspie Szczęśliwości i Cudów, ale spotkaliśmy się od razu na Moście Zaręczyn i uroczyście wstąpiliśmy na Most Małżenstwa. Stąd dzieci wciągnęły nas na piękny czerwony Most Życia, który był już etapem nr 17. W związku z tym uniknęliśmy Rozczarowań i Wzgórza Ambicji. Ale było mi szkoda Ścieżki Miodowego Miesiąca. Po chwili dzieci dostrzegły mały domek, który okazał się Pawilonem Herbacianym (15). Tu trochę odsapnęliśmy czekając, aż znudzi im się oglądanie wszystkich zakamarków „domku”, a przy okazji wypatrzyliśmy Studnię Mądrości (16). Kto powiedział, że konieczne jest przejście wszystkiego po kolei? Powoli dotarliśmy do Krzesła Sędziwego Wieku. Na wszelki wypadek, szerokim łukiem ominęliśmy Wzgórze Żałoby. Przechodząc przez Bramę do Wieczności, czułam się naprawdę jak w siódmym niebie: byliśmy w komplecie.

Ogród Św. Fiakriusza

Św. Fiakriusz był irlandzkim mnichem z VI w., który bardzo lubił prace w ogrodzie, a ogród miał, jego zdaniem, ukazywać naturalne środowisko. Został patronem ogrodników. Sama uwielbiam sadzić roślinki i je pielęgnować. Dlatego bardzo chciałam zapoznać się z koncepcją tego irlandzkiego ogrodu. I tu wyznam, pamiętam tylko tyle, że ogród był bardzo malowniczy. Zatrzymaliśmy się przy jeziorku. W jeziorku pływały łabędzie. Tusio bardzo chciał bawić się w łabędzia. W pewnym momencie wystawił nogę i… Pawel go złapał. Nie mieliśmy wątpliwości: czas wracać do domu. Poza tym, byliśmy tu przecież pięć lat wcześniej…

Reklamy

W Irlandii bardzo popularne są miejsca o nazwie „Barber Shop”, co w moim wolnym tłumaczeniu oznacza golibrodę. W Polsce nigdy nie spotkałam się z taką wariacją usług fryzjerskich. Dlatego z zaciekawieniem wysłuchałam historii golibrody z pewnego irlandzkiego miasteczka w centrum kraju. Miasteczko było małe, a w nim aż dwa zakłady o nazwie „Barber Shop”. Kilka lat temu był jeden. Pracowali w nim ojciec i syn. Fach przekazywany z pokolenia na pokolenie. Obecnie strzyżenie, farbowanie i układanie włosów. Podobno jakiś czas temu syn przeniósł się do lokalu po drugiej stronie ulicy. Plotka głosi, że młody golibroda lubił raz za czas przerwać monotonię dnia, kontemplując dym od papieroska. Starszy cyrulik bardzo poważnie traktował klientów. Pouczał więc syna, by ten wychodził na przerwę tylko wtedy, kiedy poczekalnia jest pusta. W efekcie tych pouczeń, nastapiło pokojowe rozstanie. Starszy balwierz strzyże starsze pokolenie, a młodszy młodsze. Zasada ta nie została nigdzie zapisana, ale dziwnym trafem, tak się właśnie sprawy mają. Po jednej stronie ulicy styl fryzur „z tamtych lat”, po drugiej coś bardziej „trendy”. Problem przejmowania klientów nie zaistniał.

Starszy balwierz odwiedza codziennie syna w zakładzie naprzeciwko.

Trafiłam na takie właśnie rodzinne spotkanie. Zagadnęłam więc, czy dawniej golibroda zajmowal się goleniem bród. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, ale że oferta uslug była znacznie bogatsza: usuwanie zębów, czyszczenie uszu, nastawianie złamanych kości, a nawet amputacja nogi lub ręki. Rozejrzałam się niepewnie dookoła. „Czy nadal się tym zajmujecie” zapytałam. „Jeśli jest taka potrzeba” starszy cyrulik puścił do mnie oko. „Nie, nie, dziekuję. Dziś tylko czesanie” odparłam pośpiesznie.

W sobotę, po kilku dniach deszczu i mżawki, promieniom słońca udało się przedrzeć przez gęste chmury, aby przywrócić nam nadzieję na piękne lato. Szósty zmysł Pawła skoro świt zarejestrował zmianę aury. To spowodowało, że zostałam obudzona okrzykiem „będzie słońce, hurra! jedźmy gdzieś”. Po czym nastąpiła wymiana pomysłów i ich wzajemne odrzucanie „tu za daleko, tu za blisko, tam byliśmy ostatnio”. Zwyciężyło Kildare, Tully, Stadnina Koni Irish National Studs i Ogrody Japońskie. Od nas godzina jazdy samochodem. Byliśmy tam pięć lat wcześniej, czyli dawno temu.

Na miejscu wymarzony upał (jak na Irlandię), 20 stopni, ciepły wiatr. Kupujemy bilety wstępu. Czekamy na przewodnika, spacerując po bardzo zadbanym terenie stadniny. Tymczasem w punkcie spotkań zbiera się spora grupa turystów. Po kilku minutach, dołącza do nas przewodnik, Kate. Opowie nam historię stadniny i wprowadzi nas w tajniki biznesu, jakim jest hodowla koni pełnej krwi. Ogrody Japońskie oraz Ogrody St. Fiachra zwiedzimy sami, przy pomocy folderu z mapką.

Konie w Tully

Szkot, William Hall Walker, w 1900 roku założył hodowlę koni pełnej krwi na terenie, zakupionym od miejscowego farmera. W 1917 roku przekazał świetnie prosperującą stadninę władzom Wielkiej Brytani, w podziękowaniu za otrzymany tytuł szlachecki. W 1943 roku stadnina stała się własnością rządu irlandzkiego, a od 1945 roku funkcjonuje pod nazwą Irish National Stud.

Działalność polega na hodowli koni rasowych, czyli inaczej mówiąc na ich rozmnażaniu. Koń bierze udział w wyścigach zazwyczaj pomiędzy drugim, a szóstym rokiem życia. Zwyciężając, powiela majątek swego właściciela. W trakcie czteroletniej kariery może skumulować setki tysięcy euro. Ale jeszcze więcej zarobku może przysporzyć właścicielowi po tych sześciu latach sławy i wzmożonych treningów.

Konie wyścigowe na emeryturze

I tu od razu rzuca się w oczy nierówność płci. Emerytowane ogiery mają pojedyncze luksusowe boksy z przeszklonym dachem i pojedyncze wybiegi. Klacze śpią i biegają razem. Na drzwiach do boksu ogiera jest metalowa tabliczka z opisem jego sportowych osiągnięć. Na drzwiach do zbiorowej stajni klaczy są umieszczone kartki papieru. Zadaniem emerytowanego ogiera, który trafia do stadniny, jest zapewnienie potomstwa „koleżankom” z wyścigów. Ogier „spotyka” w sezonie około 100 klaczy. Od klaczy oczekuje się, że urodzi jedno źrebię rocznie. I tak przez kolejne 20 lat. Okres rozpłodowy trwa od 15 lutego do 15 lipca. Dzięki temu porody, po 11 mięsiącach ciąży, przypadają na okres od 15 stycznia do 15 czerwca. To natomiast, zapewnia właścicielowi wystarczająco silnego konia na wyścigi w odpowiednim dla niego roczniku, gdyż daty urodzin są zawsze oznaczane na dzień 1 stycznia.

Ogiery są zazwyczaj własnością stadniny. Za każdą randkę ogiera i klaczy, której efektem będzie urodzone źrebię, właściciel klaczy uiszcza opłatę właścicielowi ogiera. Obecnie cena waha się od 4 tys. do 60 tys. euro (ogier Invincible Spirit). Pomnożone przez 100 w sezonie… Właściciel klaczy płaci również za jej pobyt w stadninie, 27 euro za dobę. Z kolei jego zarobek to zysk ze sprzedaży źrebaka. Najkorzystniejsza transakcja w tym sezonie: koszt 60 tys. euro, sprzedaż 111 tys. euro, zysk 51 tys.

Niektóre ogiery, po sezonie irlandzkim, są transportowane samolotem do Australii. Czeka je tam 4-tygodniowa kwarantanna, czyli urlop, a następnie kolejnych 100 klaczy. Po zakończeniu sezonu australijskiego, ogier wraca do Irlandii i przechodzi kolejną 4-tygodniową kwarantannę.

Jakiś mężczyzna z tłumu westchnął „ale fajna praca”. Inny dodał „tylko po co ten urlop”. Jego partnerka zgromiła go wzrokiem.

Hodowla w praktyce

Właściciel klaczy wybiera ogiera, analizując jego „wyścigowe CV” oraz osiągnięcia jego starszego potomstwa. Następnie rezerwuje termin pobytu klaczy w stadninie. Zdarza się, że aplikacja zostaje odrzucona z powodu zbyt miernych wyników klaczy w wyścigach lub … z braku miejsc. Klacz jest regularnie badana przez weterynarza. Codziennie przechodzi też test „gotowości”, przy udziale specjalnie przeznaczonego do tego celu konia, zwanego „teaser”. Spotykają się na dziedzińcu „testowym”. Jeśli klacz zignoruje obecność „teasera”, oznacza to, że nie jest to jeszcze ten dzień. Jeśli okaże zainteresowanie, „teaser” jest odprowadzany, a klacz zostaje zabrana na spotkanie z ogierem. Świadkiem tej randki jest pięcioosobowy zespół. Poza personelem stadniny, fotograf, który ma przedstawić właścicielowi klaczy niezbite dowody ojcowstwa. Po kilku tygodniach klaczy wykonuje się USG. Po 11 miesiącach następuje poród. Jeśli źrebak jest wcześniakiem, stadnina dysponuje inkubatorem. Klacz, w dniu przewidywanego porodu, jest badana co pół godziny. Personel stara się być obecny przy porodzie. Ale, pomimo stałego dozoru, często klaczy udaje się urodzić w samotności. W ciągu pół godziny, kiedy nikt jej nie przeszkadza. Zwykle w nocy. Następnego ranka klacz i źrebię są gotowi do wyjścia na łąkę.

Opieka nad noworodkiem

Czasem zdarza sie, że klacz nie przeżyje porodu, odrzuci noworodka lub po prostu nie produkuje wystarczającej ilości mleka. Wtedy stadnina oferuje mamkę. Jest to klacz nierasowa, zatrudniona do pracy w stadninie, podobnie jak koń „teaser”, z którym to ona co roku ma źrebaka. Jeśli konieczna jest dodatkowa opieka nad maluchem pełnej krwi, w nocy źrebak mamki zostaje podmieniony.

Co dalej?

Półroczny źrebak jest zwykle gotowy do rozpoczęcia treningu. Jednym z miejsc szkolenia koni wyścigowych jest Curragh, również położone w pobliżu Kildare. Ale to już zupełnie inna historia.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Lipiec 2012
Pon W Śr C Pt S N
« Czer   Sier »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Blog Stats

  • 39,264 hits
%d blogerów lubi to: