W Irlandii bardzo popularne są miejsca o nazwie „Barber Shop”, co w moim wolnym tłumaczeniu oznacza golibrodę. W Polsce nigdy nie spotkałam się z taką wariacją usług fryzjerskich. Dlatego z zaciekawieniem wysłuchałam historii golibrody z pewnego irlandzkiego miasteczka w centrum kraju. Miasteczko było małe, a w nim aż dwa zakłady o nazwie „Barber Shop”. Kilka lat temu był jeden. Pracowali w nim ojciec i syn. Fach przekazywany z pokolenia na pokolenie. Obecnie strzyżenie, farbowanie i układanie włosów. Podobno jakiś czas temu syn przeniósł się do lokalu po drugiej stronie ulicy. Plotka głosi, że młody golibroda lubił raz za czas przerwać monotonię dnia, kontemplując dym od papieroska. Starszy cyrulik bardzo poważnie traktował klientów. Pouczał więc syna, by ten wychodził na przerwę tylko wtedy, kiedy poczekalnia jest pusta. W efekcie tych pouczeń, nastapiło pokojowe rozstanie. Starszy balwierz strzyże starsze pokolenie, a młodszy młodsze. Zasada ta nie została nigdzie zapisana, ale dziwnym trafem, tak się właśnie sprawy mają. Po jednej stronie ulicy styl fryzur „z tamtych lat”, po drugiej coś bardziej „trendy”. Problem przejmowania klientów nie zaistniał.

Starszy balwierz odwiedza codziennie syna w zakładzie naprzeciwko.

Trafiłam na takie właśnie rodzinne spotkanie. Zagadnęłam więc, czy dawniej golibroda zajmowal się goleniem bród. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, ale że oferta uslug była znacznie bogatsza: usuwanie zębów, czyszczenie uszu, nastawianie złamanych kości, a nawet amputacja nogi lub ręki. Rozejrzałam się niepewnie dookoła. „Czy nadal się tym zajmujecie” zapytałam. „Jeśli jest taka potrzeba” starszy cyrulik puścił do mnie oko. „Nie, nie, dziekuję. Dziś tylko czesanie” odparłam pośpiesznie.