Pisząc o hodowli koni pełnej krwi w Tully, obok Kildare, wspomniałam o innej tamtejszej atrakcji turystycznej, ogrodach japońskich i ogrodzie św. Fiakriusza. Na mnie większe wrażenie zrobiły ogrody japońskie, ale pewnie zdania będą tu podzielone.

Ogrody japońskie

Zostały założone w latach 1906-1910 przez japońskiego ogrodnika Tassa Eida oraz jego syna Minoru. Poprzez odpowiednie rozplanowanie roślin, skał i wody, uzyskali oni symboliczną drogę, jaką przemierza człowiek (a właściwie mężczyzna), podczas swojego życia. W ogrodach oznaczono numerami aż 20 miejsc, przedstawiających w romantyczny sposób szczególne momenty życia.

I tak przespacerowaliśmy się od Bramy Zapomnienia i Groty Narodzin do Bramy Wieczności. Utknęliśmy już w Tunelu Ignorancji (3), gdzie Lusia z Tusiem zaczęli bawić się w chowanego. Na szczęście zostali stamtąd wypłoszeni przez kolejną zwiedzającą rodzinę. Wspięliśmy się na Wzgórze Nauki. Kiedy zbliżyliśmy się do wilczego dołu, zrozumiałam co to znaczy „mieć oczy dookoła głowy”. Następnym etapem było Rozdroże. I tu rozdzieliliśmy się, wbrew idei projektantów, żeby dogonić nasze, rozbiegające się dzieci. Ale dzięki temu Paweł miał wymówkę, żeby umknąć w ścieżkę stanu kawalarskiego, zamiast podążać ścieżką, prowadzącą do życia w małżeństwie. Dlatego też, nie odegraliśmy scenki zapoznania się na Wyspie Szczęśliwości i Cudów, ale spotkaliśmy się od razu na Moście Zaręczyn i uroczyście wstąpiliśmy na Most Małżenstwa. Stąd dzieci wciągnęły nas na piękny czerwony Most Życia, który był już etapem nr 17. W związku z tym uniknęliśmy Rozczarowań i Wzgórza Ambicji. Ale było mi szkoda Ścieżki Miodowego Miesiąca. Po chwili dzieci dostrzegły mały domek, który okazał się Pawilonem Herbacianym (15). Tu trochę odsapnęliśmy czekając, aż znudzi im się oglądanie wszystkich zakamarków „domku”, a przy okazji wypatrzyliśmy Studnię Mądrości (16). Kto powiedział, że konieczne jest przejście wszystkiego po kolei? Powoli dotarliśmy do Krzesła Sędziwego Wieku. Na wszelki wypadek, szerokim łukiem ominęliśmy Wzgórze Żałoby. Przechodząc przez Bramę do Wieczności, czułam się naprawdę jak w siódmym niebie: byliśmy w komplecie.

Ogród Św. Fiakriusza

Św. Fiakriusz był irlandzkim mnichem z VI w., który bardzo lubił prace w ogrodzie, a ogród miał, jego zdaniem, ukazywać naturalne środowisko. Został patronem ogrodników. Sama uwielbiam sadzić roślinki i je pielęgnować. Dlatego bardzo chciałam zapoznać się z koncepcją tego irlandzkiego ogrodu. I tu wyznam, pamiętam tylko tyle, że ogród był bardzo malowniczy. Zatrzymaliśmy się przy jeziorku. W jeziorku pływały łabędzie. Tusio bardzo chciał bawić się w łabędzia. W pewnym momencie wystawił nogę i… Pawel go złapał. Nie mieliśmy wątpliwości: czas wracać do domu. Poza tym, byliśmy tu przecież pięć lat wcześniej…