You are currently browsing the monthly archive for Wrzesień 2012.

Kilka dni temu pojechałam na przegląd techniczny samochodu, zwany tu potocznie NCT (National Car Testing). I… przypomniał mi się zakup naszego pierwszego auta….

Kiedy przyjechaliśmy do Irlandii, początkowo nie myśleliśmy o posiadaniu auta. Jednak codzienne chodzenie po drobne zakupy, często w strugach deszczu, zaczęło nam doskwierać. W Polsce mieliśmy samochód. Byliśmy przyzwyczajeni do tygodniowych zakupów. Poza tym, nabraliśmy ochoty, żeby coś zwiedzić, zobaczyć, czy faktycznie ta wyspa jest zielona. Coraz częściej wyglądaliśmy przez okno i patrzyliśmy na nasze patio, na którym właściciel domu, pozostawił kilkuletniego Fiata Punto. Wiedzieliśmy, że jest na sprzedaż, z przebiegiem 15 tys. km. Dawne niedzielne auto jego żony.

Pewnego dnia, podjęliśmy decyzję. Paweł dzwoni do właściciela samochodu (czyli naszego wynajmującego), aby dowiedzieć się, jak wygląda cała procedura zakupu i jakie musimy przygotować dokumenty. Po kilkunastu minutach, Paweł z tajemniczą miną wymyka się przed dom. Wyjmuje z auta jakiś dokument, coś w nim zapisuje. Ponownie gdzieś dzwoni. Wraca niczym zdobywca i oznajmia: „Właśnie sfinalizowałem transakcję zakupu. Auto jest nasze i już ubezpieczone! Musimy tylko wysłać czek do byłego właściciela i dowód rejestracyjny do urzędu, a oni przyślą nam nowy.” Patrzę z niedowierzaniem. „Czeka nas jeszcze wymiana tablic rejestracyjnych” przypominam sobie. „Są przypisane do auta, więc nie trzeba ich wymieniać przy zakupie, zmianie adresu, itd.” Zastanawiam się, czy to żart, ale Paweł nie daje zbić się z tropu”Mała przejażdżka?” Wsiadamy do samochodu.

Okazało się, że kluczyki do auta były w jednej z szuflad, a dowód rejestracyjny w schowku samochodowym. Dowód rejestracyjny to złożona na pół kartka A4. Jednocześnie pełni funkcję umowy sprzedaży. Jest tam miejsce na dane i podpisy sprzedawcy oraz nabywcy. Część, dotycząca sprzedawcy była już wypełniona. Paweł dopisał swoje dane. Rozmowa z ubezpieczycielem trwała kilka minut. Konieczne było podanie numeru karty kredytowej. Paweł dowiedział się również, że nasze zniżki za bezszkodową jazdę w Polsce zostaną uwzględnione, jeśli prześlemy skan potwierdzenia mailem.

Przegląd techniczny w jednym z 46 autoryzowanych punktów serwisowych jest obowiązkowy co dwa lata dla samochodów 4-letnich oraz starszych; co roku dla samochodów 10-letnich oraz starszych. Obecnie przegląd kosztuje 55euro i trwa 30 minut. Termin można zarezerwować telefonicznie lub przez stronę internetową NCT. Po zakończeniu testów, właściciel auta otrzymuje raport ze szczegółowymi wskaźnikami technicznymi oraz certyfikat, którego częścią jest winieta. Winietę należy odciąć i umieścić w specjalnej kieszonce na przedniej szybie, obok dwóch pozostałych: potwierdzającej opłacenie podatku drogowego oraz ubezpieczenia.

Jeśli spotykam sąsiada, odkurzającego w pośpiechu wnętrze swojego auta, pytam ze zrozumieniem: NCT?

Jak w każdą niedzielę przed południem, wybraliśmy się do pobliskiego parku. Dzieci buszują na placu zabaw, a my wśród straganów z tradycyjnymi wyrobami. Do Peoples Park, w każdą niedzielę, od lat, przyjeżdżają okoliczni rolnicy oraz artyści, a także handlarze kolonialni.

Kupiłam trochę suszonej lawendy (żeby w szafach był przyjemny zapach), swojskie sery (jestem od nich uzależniona), sałatę, różnokolorowe marchewki i ziemniaki (w ramach wspierania upraw ekologicznych), makaron i pesto (na stoisku włoskim). Torba zrobiła się ciężka. Rozejrzałam się za Pawłem, który miał kupić coś na obiad piknikowy, owoce i ciasto marchewkowe. Wokół mnie biało-czerwone koszulki i białe czapki z czerwonymi pomponami. Ciekawe co to takiego? „Mama, tu jesteśmy” Lusia przywołała mnie do rzeczywistości. „Mama, ole-ole, Polska biało-czerwoni” dodał swoje trzy grosze Tusio. „Ole-ole” wtórowała półtoraroczna Róża. „Co to może być?” rzuciłam w przestrzeń. „Gdzie jest Wally” stwierdziła Lusia. „Jaki Wally? Nie znam żadnego” odparłam. „Maamaa. Wally z książki. No ten Wally, który nosi bluzkę w paski i okulary” wyjaśniła Lusia „mnóstwo ludzi się za niego przebrało!” Bohater książek-ilustracji Martina Handforda.

Powrót z wakacji. Pierwszy tydzień szkoły. Zupełnie zapomniałam. W ubiegłym tygodniu w Dun Laoghaire, na południe od Dublina, miało miejsce coroczne święto książki, zwane tu festiwalem. Od wtorku do niedzieli odbywały się różnego rodzaju imprezy kulturalne: w miejscowym teatrze, muzeum oraz hotelu – spotkania z wybranymi pisarzami lub poetami, w urzędzie miasta, klubie żeglarskim i w parku – warsztaty pisarskie, dyskusje oraz happeningi. Lusia była przecież ze swoją klasą na spotkaniu z angielskim autorem książek dla dzieci. Tego dnia Steve Cole stał się dla niej i jej rówieśników gwiazdą. Natychmiast postanowiła przeczytać wszystkie jego książki. Ja planowałam wziąć udział w spotkaniu z Philippą Gregory, moją ulubioną angielską pisarką historyczną. Ale… no właśnie, zupełnie zapomniałam. Festiwal to okazja dla pisarzy i poetów, żeby wypromować swoje dzieła. Najnowsze książki są dostępne do nabycia tuż po prezentacjach autorów.

Festiwal jest co roku świetnie zareklamowany. Szczegółowa agenda jest ogólnie dostępna. Okazuje się jednak, że nawet arcydzieło marketingu może umknąć uwadze zabieganej miłośniczki literatury…

To wydarzenie zainspirowało mnie do założenia nowej kategorii: Pisarze i poeci irlandzcy. Już wkrótce!

W ubiegłym roku w lipcu Paweł zagadnął: „może wezmę udział w maratonie”. „A kiedy jest ten maraton i ile to km?” zapytałam. Brak odpowiedzi. „Tata poszedł wyrzucić śmieci” przyszła mi z pomocą Lusia. Po chwili: „Ile to km i kiedy? ” drążyłam. Brak odpowiedzi. Aha, rozmawia przez telefon. Wreszcie się odważył: „42km, w październiku. Mam aż 3 miesiące, żeby się przygotować”. Kiedy ochłonęłam: „Przecież od 2 lat w ogóle nie biegasz. Do maratonu trzeba się przygotowywać przez wiele mesięcy i to w odpowiedni sposób”. „Nie wierzysz we mnie” stwierdzenie zranionego mężczyzny. Po godzinie serwis informacyjny: „Wpisałem się. Pojutrze zaczynam trening, 17km”. „Zwariowałeś. A poza tym, nie masz kiedy biegać” osłupiałam. W odpowiedzi Paweł przedstawił swój plan: „Będę biegał w soboty w górach, jak Lusia ma konie (i tak na nią czekam) i raz w tygodniu wieczorem, jak dzieci pójdą spać. Aha, zapłaciłem za udział 80 euro”.

Następnego dnia byłam z Lusią w bibliotece. Spostrzegłam na półce książkę o tym, jak przygotować się do maratonu.  Taki zbieg okoliczności! Niestety, książka była zarezerwowana. Wieczorem zaproponowałam Pawłowi, że kupię taką książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, odmówił. Ciągle jeszcze był obrażony…

Poniedziałek, po sobotnim 17-kilometrowym biegu: „Dotknij moją łydkę. Jak ruszam nogą, coś tu chrzęści”. W ciągu kolejnych 3 tygodni miały miejsce 2 wizyty u 2 różnych fizjoterapeutów w Irlandii, z których każdy postawił inną diagnozę oraz 1 wizyta u chirurga w Irlandii, który postraszył sterydami, 1 wizyta u lekarza sportowego w Polsce, usg i seria masaży. Wszyscy specjaliści byli zgodni co do jednego szczegółu – nie ma szans na udział w maratonie. Pani doktor, oglądająca nogę w Polsce, westchnęła: „W tym tygodniu miałam już dwóch 40-latków z zerwanym ścięgnem achillesa, którzy z dnia na dzień poczuli drugą młodość i natychmiastową chęć poprawienia swojej kondycji.”

Po kilku miesiącach Lusia przygotowuje list do Św. Mikołaja: „Tato, a dla Ciebie o co poprosić?”. Paweł bez chwili wahania: „Poproś o tę książkę o przygotowaniach do maratonu, którą mama chciała mi kupić”.

Były też książki pożyczone od znajomych, książki z biblioteki, rozmowy z osobami, które biegły już w maratonach. Na przykład, jeden z naszych sąsiadów ukończył tegoroczny maraton w Paryżu, razem ze swoimi braćmi i ponad 70-letnim ojcem. Takie rodzinne spotkanie w biegu. I bardzo motywujące!

W kwietniu Paweł z sukcesem bierze udział w 10-kilometrowym biegu charytatywnym. Stopniowo zwiększa dystans, przygotowując się regularnie do wrześniowego półmaratonu w Dublinie. Trzy dni temu ogłasza: „Dziś przebiegnę 21 km, żeby sprawdzić czas. Powinienem wrócić za ponad 2 godziny”. Po 40-minutach staje w drzwiach ze spuchniętym kolanem. „Wiesz, w jednej z tych książek było napisane, że metodą na szybszy bieg, jest patrzenie na wprost, zamiast pod nogi. Nie przewidzieli tylko, że w naszej okolicy jest akurat jakiś festiwal i rozkładają metalowe konstrukcje. Szare belki niedbale porozrzucane na szarym deptaku. Biegłem szybko, patrzyłem w dal, padłem plackiem” opowiada. „Mam nadzieję, że później już nie biegłeś” patrzę na niego badawczo. No tak…

Kolano, pomimo smarowania Altacetem i okładów ze świeżych liści kapusty, nadal jest trochę spuchnięte. Półmaraton już za 5 dni. Teraz chyba muszę rozejrzeć się za książką o pozytywnym myśleniu?

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 33 obserwujących.

Wrzesień 2012
Pon W Śr C Pt S N
« Sier   Paźdź »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Blog Stats

  • 37,214 hits
%d blogerów lubi to: