You are currently browsing the monthly archive for Październik 2012.

Do Irlandii przyjechaliśmy w czerwcu. Pogoda była zaskakująco piękna. Nagła zmiana nastąpiła we wrześniu. Z dnia na dzień zaczęły się silne, zimne wiatry. Przy tym, już późnym popołudniem robiło się szaro. Wieczory stawały się wyjątkowo długie, poranki chłodne.

Z początkiem października, dodatkowo, całkowicie zmienił się krajobraz. Z drzew w okolicznych ogródkach zwisały plastikowe ludzkie szkielety, na szybach okiennych mieniły się rysunki pająków i nietoperzy, z wystaw sklepowych patrzyły złowieszczo czarownice i dynie z otworami, wyciętymi na kształt twarzy. Brr… Lusia zadecydowała, że przenosi się do naszej sypialni, bo u niej w pokoju „pływa w powietrzu jakaś zielona okropna postać”.

31 października 2006 mój szef zapowiedział, że wybiera się ze swoimi dziećmi na „trick or treat” („cukierek albo psikus”) i wszyscy dostaliśmy prezent w postaci skróconego dnia pracy. Nasze biuro mieściło się w bardzo ładnej dzielnicy Dublina, Ballsbridge. W pobliżu małe, kameralne, słabo oświetlone uliczki. Duże domy w zabudowie szeregowej lub bliźniaczej. Postanowiłam przejść się z koleżanką i wsiąść do podmiejskiego pociągu na innej stacji niż zwykle. Kiedy szłyśmy razem i rozmawiałyśmy, okolica wydawała mi się przyjazna. Wymarzone miejsce na popołudniowy spacer. Gdy tylko się rozstałyśmy, zaczęłam zauważać zwisające z żywopłotów maszkary. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem, gdzie się znajduję. Nie miałam ze sobą mapy. Marzyłam o tym, żeby kogoś spotkać i zapytać o drogę. Nagle, w półmroku, zderzyłam się z … jakąś szkaradą w czarnym wysokim kapeluszu i białą, jak śnieg, twarzą. Ten ktoś powiedział „sorry”, a za nim nadbiegła dziewczynka w kostiumie elfa. Serce waliło mi jak młot. Nie byłam w stanie sklecić prostego zdania. Wykrztusiłam z siebie tylko nazwę stacji kolejowej.

Po kilkunastu minutach siedzę w przedziale. Wokół mnie zwyczajnie ubrani ludzie. Żadnych widziadeł… Ze strzępków rozmów wychwytuję „halloween”, „trick or treat”. Zaczyna do mnie docierać, że ten przebieraniec z dziewczynką elfem to tata, towarzyszący swojej córce w wędrówce od domu do domu, której celem jest zebranie torby smakołyków.

Odbieram Lusię z przedszkola. Od razu pada pytanie, czy możemy zaraz natychmiast za kogoś się przebrać i pukać do drzwi sąsiadów. Przeglądamy zawartość szafy. W pośpiechu przebieram Lusię za stwora, który przypomina swoim wyglądem Marsjanina, ale ona twierdzi, że jest koniem. Nie ma ochoty udawać czarownicy, ani oddalić się poza naszą niewielką uliczkę. Pukamy do pobliskich domów. Lusia dostaje słodycze, torebkę orzeszków ziemnych i jabłko. Wracamy do domu. Przed naszymi drzwiami gromadka dzieci.  Zostawiłyśmy zaświeconą lampę na zewnątrz. To znak dla innych przebierańców, że w tym domu mogą liczyć na jakiś smakołyk. Szybko robię przegląd domowych słodyczy. Wynoszę miskę cukierków. Dzieci skromnie wybierają, każde po jednym cukierku. To przecież tylko symbol. Podtrzymanie wielowiekowej tradycji celtyckiej zakończenia zbiorów, a więc lata i rozpoczęcia zimy, czyli celtyckiego kolejnego roku. Noc z 31 października na 1 listopada jest w tym sensie nocą niczyją. Jednocześnie końcem i początkiem, chaosem, który sprzyja wymykaniu się spod kontroli. Wszystko jedno czy są to prawdziwe widziadła, czy ludzie skorzy do robienia psikusów, jeśli odmówi im się „wykupnego”.

Halloween jest prawdopodobnie wspomnieniem celtyckiego święta ognia (Samhain). Dla Celtów, którzy prowadzili życie pasterskie, nadejście zimy oznaczało całkowitą zmianę porządku dnia. Zwierzęta sprowadzano z górskich pastwisk na niziny. W związku z tym, również ludzie wracali do swoich domów na kolejnych kilka miesięcy. Dla Celtów, którzy prowadzili życie rolnicze, był to koniec zbioru plonów ziemi. Ogólnie, bezwzględnie moment zwrotny w życiu Celtów. Aż się prosi, żeby dodać do tego odrobinę magii. Zgodnie z wierzeniami celtyckimi, człowiek po śmierci udawał się do krainy wiecznej młodości i szczęścia. Śmierć to także moment zwrotny. Może właśnie dlatego uważano również, że 31 października duchy zmarłych nawiedzają swoje domostwa. Z historycznych zapisków wynika, że w IX wieku Kościół Katolicki ogłosił dzień 1 listopada dniem Wszystkich Świętych. Spotkanie tradycji?

Obchody Halloween spopularyzowali w Stanach Zjednoczonych liczni emigranci irlandzcy z początku XIX wieku. Z roku na rok obserwuję, że na uliczkach Dublina w „halloweenowy” wieczór, zwiększa się ilość księżniczek i baletnic w porównaniu z liczbą czarownic oraz ilość Spider Manów i Elvisów Presley’ów w porównaniu  z liczbą kościotrupów…

Wczoraj Lusia pomaszerowała do szkoły z żelowym okładem chłodzącym, owiniętym wokół palca lewej ręki. Na pytanie co się stało, z dumą odpowiadała, że została „ranna” podczas niedzielnego meczu camogie.

Od kilku miesięcy jest sportowo nastawiona do życia. Jakoś zbiegło się to w czasie z opinią nauczyciela na koniec poprzedniego roku szkolnego, że powinna podciągnąć się w sportach. Lusia jest bardzo ambitna. Od razu, na pierwszy tydzień wakacji, zapisała się na półkolonie do lokalnego klubu irlandzkiej piłki nożnej i camogie. Od września z zapałem uczestniczy w cotygodniowych treningach. Co jakiś czas w niedzielne przedpołudnie zawozimy ją, w odległe często miejsce, na mecz. Przedwczorajsze spotkanie było wyjątkowo ważne: ostatnia rozgrywka camogie w tym roku. A od stycznia Lusia będzie już grała w kategorii wiekowej „dziesięciolatki”. Treningi będą bardziej wymagające. W odróżnieniu od zasad przyjmowania do szkół podstawowych (wiek dziecka liczony jest najczęściej od 1 czerwca do 31 maja), kluby sportowe przypisują dzieci do grup wiekowych według roku urodzenia (od 1 stycznia do 31 grudnia).

W każdej rodzinie irlandzkiej, którą poznałam, chociaż jedna osoba uprawia sport zespołowy. Już czterolatki są przyjmowane do dziecięcych klubów sportowych, specjalizujących się w irlandzkiej piłce nożnej (gealic football), hurlingu (sport męski) i camogie (żeński odpowiednik hurlinga). Popularny jest również hokej na trawie i rugby. Działają też grupy piłki nożnej (soccer), ale najczęściej oferta jest przeznaczona dla dzieci od 8 roku życia.

Odkąd Lusia zmieniła styl życia, w poniedziałkowe wieczory trenuje camogie, a w środy irlandzką piłkę nożną. Camogie jest zorganizowany na hali; gaelic football odbywa się na otwartej przestrzeni. Wraca przemarznięta do kości i osmagana wiatrem, ale nie ma siły, która by ją od tego wyjścia odwiodła. I tak przypomniała mi się pogawędka irlandzkich kolegów z pracy na temat hurlinga. Wspominali, jak to grywali za młodu – rozgrywki międzyparafialne. Jeden z nich został kontuzjowany po silnym uderzeniu kijem w rękę. Zamierzał zejść z boiska, ale jego ojciec krzyknął: „wracaj, walcz dla naszej parafii”. Nie było wyjścia. Sprawa honoru. Po meczu okazało się, że na rękę trzeba założyć gips… To historia sprzed kilkudziesięciu lat, ale duch sportowego zacięcia niewiele się zmienił. Rodzice chętnie kibicują już tym najmłodszym dzieciom, które z trudem manewrują drewnianym kijem.

Nasz dobytek również powiększył się o kij do camogie (który trenerka Lusi nazywa „hurl”, ale niektórzy mówią „hurley” lub „camán”) oraz kask (helmet). Lusia przeznaczyła na ten sprzęt oszczędności wakacyjne. Kolejnym wydatkiem będą ochraniacze na piszczele (shin pads/ shin guards) oraz piłeczka (sliotar). Trenowanie footballu irlandzkiego też wiąże się z pewną inwestycją. Od października tego roku, każdy gracz ma obowiązek zakładania osłony na szczękę (gum shields).

Pewnie też powinnam zacząć biegać za jakąś piłką, ale na razie specjalizuję się w transporcie i wytrwałym kibicowaniu…

Jedną z rzeczy na liście „ważne i pilne” do zrobienia po przeprowadzce do Irlandii, było znalezienie przedszkola. Ale zupełnie nie myśleliśmy o szkole. Lusia miała wtedy trzy lata. Dlatego ze zdziwieniem reagowaliśmy na pytanie nowopoznanych Irlandczyków, czy zapisaliśmy dziecko do szkoły. Myśleliśmy, że podobnie jak w Polsce, w Irlandii dzieci będą przypisane do konkretnej szkoły, na podstawie adresu zamieszkania.

Dla Lusi zaoferowano miejsce w szkole publicznej, bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. Mieliśmy wyjątkowe szczęście. Okazało się, że szkoła cieszy się doskonałą opinią. Były dwa wolne miejsca. Gdybyśmy wtedy spóźnili się ze złożeniem prośby o przyjęcie, dostalibyśmy informację, która najbliższa szkoła publiczna nie ma jeszcze kompletu uczniów. I mogłoby się okazać, że najbliższa jest oddalona o kilkanaście kilometrów. Mielibyśmy jeszcze inną możliwość – szkoły prywatne. W Irlandii jest to częsty wybór rodziców. Szkoły prywatne mają zazwyczaj kilkudziesięcioletnią tradycję. Mieszczą się w zmodernizowanych budynkach zamkowych, imponują pięknymi terenami parkowymi i zadbanymi boiskami do wszelkiego rodzaju sportów. Często posiadają własną pływalnię i stołówkę. Miesięczny koszt waha się od 300 do 1500 euro. W ramach tej ceny, dzieci uczęszczają na popołudniowe zajęcia dodatkowe, które można porównać do świetnie zorganizowanych kółek zainteresowań. W szkole publicznej, natomiast, zajęcia dodatkowe (balet, taniec irlandzki, gra na instrumencie, kółko teatralne, sporty zespołowe, języki obce…) są opcjonalne i płatne. Ale sama szkoła jest darmowa. Rok szkolny trwa od 1 września do 30 czerwca.

Aby zapisać dziecko do szkoły podstawowej, należy przedstawić oryginał aktu urodzenia wraz z tłumaczeniem przysięgłym. A jeśli jest to szkoła publiczna, dodatkowo również świadectwo chrztu (nie proszono nas o tłumaczenie). Szkoły publiczne w Irlandii są z reguły katolickie i ściśle związane z konkretną parafią. Szkoły nie przeprowadzają żadnych egzaminów dla cudzoziemców, które sprawdzałyby poziom znajomości języka angielskiego lub wiedzy ogólnej. Kryterium zaklasyfikowania do konkretnego rocznika jest data urodzenia dziecka.

Dla mnie największym zaskoczeniem w tutejszym systemie edukacyjnym był wiek dziecka, rozpoczynającego życie szkolne. Dwa początkowe lata szkoły podstawowej są odpowiednikiem polskiej „zerówki” (Junior Infants i Senior Infants). Następnie, dzieci uczą się w klasach 1 – 6. Do młodszej zerówki przyjmowane są dzieci, które na dzień 1 czerwca ukończyły 4 lata (w niektórych szkołach będzie to dzień 1 lipca lub nawet 1 września). Rodzice mogą jednak zadecydować o rocznym opóźnieniu w posłaniu dziecka do szkoły, jeśli według ich subiektywnej oceny, dziecko powinno poczekać. Lusia rozpoczęłą naukę w młodszej zerówce, mając +4 lata. Wychowawczyni poinformowała nas pod koniec października, że nasza córka pokonała barierę komunikowania się po angielsku. W wieku 5,5 roku zajęła drugie miejsce w międzyszkolnym konkursie recytatorskim. Obecnie mówi z wyraźnym miejscowym akcentem.

Począwszy od młodszej zerówki (Junior Infants) każdą klasą opiekuje się jeden nauczyciel, który jest co roku wymieniany. Nauczyciele szkół podstawowych posiadają kwalifikacje do nauczania wszystkich przedmiotów w każdej klasie. Czyli przykładowo, jednego roku ten sam nauczyciel może mieć powierzoną klasę starszą zerówkę, a kolejnego roku – klasę piątą.

Wyróżnikiem każdej szkoły, publicznej lub prywatnej, są mundurki. Należy je zakupić w specjalnym sklepie. Różnią się kolorami oraz krojem. W sklepach z obuwiem dla dzieci jest duży wybór czarnych pantofelków, półbutów oraz kozaków. Czarne obuwie jest elementem szkolnego mundurka. Często regulamin szkolny informuje również o kolorze rajstop lub podkolanówek.

Wybór szkoły dla dziecka jest niezmiernie ważny w kulturze irlandzkiej. Edukacja ma ogromne znaczenie. W Dublinie, dzieci zapisywane są do wybranej szkoły często tuż po narodzinach. A w wielu przypadkach, do kilku szkół jednocześnie. Jeśli rodzice preferują określone placówki. Z reguły dzieci przyjmowane są na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Uprzywilejowane w kolejce są dzieci pracowników, absolwentów oraz te, których rodzeństwo aktualnie uczęszcza do tej konkretnej szkoły.

Jedna z moich irlandzkich koleżanek opowiedziała zabawną historię o tym , jak jej mąż zapisał ich syna do szkoły. Zdarzyło się to, kiedy moja koleżanka odpoczywała w szpitalu po porodzie. Jej mąż wrócił do domu, wydrukował aplikacje i rozesłał do kilku szkół. Po jakimś czasie, otrzymali odpowiedź odmowną z jednej ze szkół, z wyjaśnieniem, że jest to placówka żeńska. W treści listu zamieszczone było zdanie „podziwiamy pański zapał”.

Mam bardzo dobre zdanie o irlandzkich szkołach podstawowych, ale moje obserwacje są oczywiście zalimitowane do jednej placówki.

Od ponad dwóch lat, w każdy piątkowy poranek, po zaprowadzeniu Lusi do szkoły i Tusia do przedszkola, dołączam z Różą do grupy pięciu irlandzkich koleżanek na szybki godzinny spacer brzegiem morza. Po takim wysiłku zasłużona kawa i rogalik, albo irlandzka słodka bułeczka (scone). Najczęściej w pobliskiej kawiarni. Pogawędki na temat szkół, spędzania wolnego czasu, wychowywania dzieci, wydarzeń kulturalnych, książek, filmów…

Podczas tych piątkowych spacerów, zorientowałam się, że w tej grupie koleżanek, każda należy do klubu czytelniczego. Jest to modne. Sama idea przywodzi mi na myśl dyskusyjne kluby filmowe, z czasów liceum. W praktyce jednak, są to spotkania typowo towarzyskie, w damskim gronie, sześć – osiem osób. Nie ma tu struktury, ani rygoru; atmosfera jest relaksująca. Członkinie klubów spotykają się, na przykład, raz w miesiącu, aby omówić zaplanowane do przeczytania książki lub książkę. Spotkania odbywają się w domach, wieczorami, kiedy dzieci smacznie śpią. Panie siedzą na miękkich kanapach, przy ciepłych kominkach, z lampką wina w dłoni.

Spotkania są okazją, aby dowiedzieć się, co nowego ostatnio wydano lub po prostu usłyszeć, o czym jest książka, której nie ma się ochoty przeczytać. Na listach, wybranych do omówienia pozycji, dominują książki, wydane w Irlandii, Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy, zaprezentuję dzieła irlandzkich pisarzy i poetów, które sama przeczytałam: napiszę kilka słów o autorze, przedstawię pokrótce fabułę, zamieszczę moją recenzję oraz opinie moich irlandzkich koleżanek. Załączę też listę innych książek danego autora.

Zachęcam Was do wspólnego odkrywania literatury irlandzkiej. Zapraszam do dyskusji na temat tych książek, w formie komentarzy do poszczególnych wpisów. Oto lista, którą proponuję na początek:

Październik 2012, Cecelia Ahern „If you could see me now” („Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

Listopad 2012, Emma Donoghue “Room” („Pokój”)

Grudzień 2012, Colm Tóibin „Brooklyn” (“Brooklyn”)

Styczeń 2013, Neil Jordan “Mistaken”

Luty 2013, Colum McCann “Let the Great World Spin” (“Niech zawiruje świat”)

Wybrałam też kolejnych autorów, ale waham się jeszcze nad próbką ich twórczości:

Marzec 2013, Meave Binchy

Kwiecień 2013, Sarah Webb

Maj 2013, Joseph O’Connor

Przyjemnej lektury!

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Październik 2012
Pon W Śr C Pt S N
« Wrz   List »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Blog Stats

  • 37,815 hits
%d blogerów lubi to: