Wczoraj Lusia pomaszerowała do szkoły z żelowym okładem chłodzącym, owiniętym wokół palca lewej ręki. Na pytanie co się stało, z dumą odpowiadała, że została „ranna” podczas niedzielnego meczu camogie.

Od kilku miesięcy jest sportowo nastawiona do życia. Jakoś zbiegło się to w czasie z opinią nauczyciela na koniec poprzedniego roku szkolnego, że powinna podciągnąć się w sportach. Lusia jest bardzo ambitna. Od razu, na pierwszy tydzień wakacji, zapisała się na półkolonie do lokalnego klubu irlandzkiej piłki nożnej i camogie. Od września z zapałem uczestniczy w cotygodniowych treningach. Co jakiś czas w niedzielne przedpołudnie zawozimy ją, w odległe często miejsce, na mecz. Przedwczorajsze spotkanie było wyjątkowo ważne: ostatnia rozgrywka camogie w tym roku. A od stycznia Lusia będzie już grała w kategorii wiekowej „dziesięciolatki”. Treningi będą bardziej wymagające. W odróżnieniu od zasad przyjmowania do szkół podstawowych (wiek dziecka liczony jest najczęściej od 1 czerwca do 31 maja), kluby sportowe przypisują dzieci do grup wiekowych według roku urodzenia (od 1 stycznia do 31 grudnia).

W każdej rodzinie irlandzkiej, którą poznałam, chociaż jedna osoba uprawia sport zespołowy. Już czterolatki są przyjmowane do dziecięcych klubów sportowych, specjalizujących się w irlandzkiej piłce nożnej (gealic football), hurlingu (sport męski) i camogie (żeński odpowiednik hurlinga). Popularny jest również hokej na trawie i rugby. Działają też grupy piłki nożnej (soccer), ale najczęściej oferta jest przeznaczona dla dzieci od 8 roku życia.

Odkąd Lusia zmieniła styl życia, w poniedziałkowe wieczory trenuje camogie, a w środy irlandzką piłkę nożną. Camogie jest zorganizowany na hali; gaelic football odbywa się na otwartej przestrzeni. Wraca przemarznięta do kości i osmagana wiatrem, ale nie ma siły, która by ją od tego wyjścia odwiodła. I tak przypomniała mi się pogawędka irlandzkich kolegów z pracy na temat hurlinga. Wspominali, jak to grywali za młodu – rozgrywki międzyparafialne. Jeden z nich został kontuzjowany po silnym uderzeniu kijem w rękę. Zamierzał zejść z boiska, ale jego ojciec krzyknął: „wracaj, walcz dla naszej parafii”. Nie było wyjścia. Sprawa honoru. Po meczu okazało się, że na rękę trzeba założyć gips… To historia sprzed kilkudziesięciu lat, ale duch sportowego zacięcia niewiele się zmienił. Rodzice chętnie kibicują już tym najmłodszym dzieciom, które z trudem manewrują drewnianym kijem.

Nasz dobytek również powiększył się o kij do camogie (który trenerka Lusi nazywa „hurl”, ale niektórzy mówią „hurley” lub „camán”) oraz kask (helmet). Lusia przeznaczyła na ten sprzęt oszczędności wakacyjne. Kolejnym wydatkiem będą ochraniacze na piszczele (shin pads/ shin guards) oraz piłeczka (sliotar). Trenowanie footballu irlandzkiego też wiąże się z pewną inwestycją. Od października tego roku, każdy gracz ma obowiązek zakładania osłony na szczękę (gum shields).

Pewnie też powinnam zacząć biegać za jakąś piłką, ale na razie specjalizuję się w transporcie i wytrwałym kibicowaniu…