Do Irlandii przyjechaliśmy w czerwcu. Pogoda była zaskakująco piękna. Nagła zmiana nastąpiła we wrześniu. Z dnia na dzień zaczęły się silne, zimne wiatry. Przy tym, już późnym popołudniem robiło się szaro. Wieczory stawały się wyjątkowo długie, poranki chłodne.

Z początkiem października, dodatkowo, całkowicie zmienił się krajobraz. Z drzew w okolicznych ogródkach zwisały plastikowe ludzkie szkielety, na szybach okiennych mieniły się rysunki pająków i nietoperzy, z wystaw sklepowych patrzyły złowieszczo czarownice i dynie z otworami, wyciętymi na kształt twarzy. Brr… Lusia zadecydowała, że przenosi się do naszej sypialni, bo u niej w pokoju „pływa w powietrzu jakaś zielona okropna postać”.

31 października 2006 mój szef zapowiedział, że wybiera się ze swoimi dziećmi na „trick or treat” („cukierek albo psikus”) i wszyscy dostaliśmy prezent w postaci skróconego dnia pracy. Nasze biuro mieściło się w bardzo ładnej dzielnicy Dublina, Ballsbridge. W pobliżu małe, kameralne, słabo oświetlone uliczki. Duże domy w zabudowie szeregowej lub bliźniaczej. Postanowiłam przejść się z koleżanką i wsiąść do podmiejskiego pociągu na innej stacji niż zwykle. Kiedy szłyśmy razem i rozmawiałyśmy, okolica wydawała mi się przyjazna. Wymarzone miejsce na popołudniowy spacer. Gdy tylko się rozstałyśmy, zaczęłam zauważać zwisające z żywopłotów maszkary. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem, gdzie się znajduję. Nie miałam ze sobą mapy. Marzyłam o tym, żeby kogoś spotkać i zapytać o drogę. Nagle, w półmroku, zderzyłam się z … jakąś szkaradą w czarnym wysokim kapeluszu i białą, jak śnieg, twarzą. Ten ktoś powiedział „sorry”, a za nim nadbiegła dziewczynka w kostiumie elfa. Serce waliło mi jak młot. Nie byłam w stanie sklecić prostego zdania. Wykrztusiłam z siebie tylko nazwę stacji kolejowej.

Po kilkunastu minutach siedzę w przedziale. Wokół mnie zwyczajnie ubrani ludzie. Żadnych widziadeł… Ze strzępków rozmów wychwytuję „halloween”, „trick or treat”. Zaczyna do mnie docierać, że ten przebieraniec z dziewczynką elfem to tata, towarzyszący swojej córce w wędrówce od domu do domu, której celem jest zebranie torby smakołyków.

Odbieram Lusię z przedszkola. Od razu pada pytanie, czy możemy zaraz natychmiast za kogoś się przebrać i pukać do drzwi sąsiadów. Przeglądamy zawartość szafy. W pośpiechu przebieram Lusię za stwora, który przypomina swoim wyglądem Marsjanina, ale ona twierdzi, że jest koniem. Nie ma ochoty udawać czarownicy, ani oddalić się poza naszą niewielką uliczkę. Pukamy do pobliskich domów. Lusia dostaje słodycze, torebkę orzeszków ziemnych i jabłko. Wracamy do domu. Przed naszymi drzwiami gromadka dzieci.  Zostawiłyśmy zaświeconą lampę na zewnątrz. To znak dla innych przebierańców, że w tym domu mogą liczyć na jakiś smakołyk. Szybko robię przegląd domowych słodyczy. Wynoszę miskę cukierków. Dzieci skromnie wybierają, każde po jednym cukierku. To przecież tylko symbol. Podtrzymanie wielowiekowej tradycji celtyckiej zakończenia zbiorów, a więc lata i rozpoczęcia zimy, czyli celtyckiego kolejnego roku. Noc z 31 października na 1 listopada jest w tym sensie nocą niczyją. Jednocześnie końcem i początkiem, chaosem, który sprzyja wymykaniu się spod kontroli. Wszystko jedno czy są to prawdziwe widziadła, czy ludzie skorzy do robienia psikusów, jeśli odmówi im się „wykupnego”.

Halloween jest prawdopodobnie wspomnieniem celtyckiego święta ognia (Samhain). Dla Celtów, którzy prowadzili życie pasterskie, nadejście zimy oznaczało całkowitą zmianę porządku dnia. Zwierzęta sprowadzano z górskich pastwisk na niziny. W związku z tym, również ludzie wracali do swoich domów na kolejnych kilka miesięcy. Dla Celtów, którzy prowadzili życie rolnicze, był to koniec zbioru plonów ziemi. Ogólnie, bezwzględnie moment zwrotny w życiu Celtów. Aż się prosi, żeby dodać do tego odrobinę magii. Zgodnie z wierzeniami celtyckimi, człowiek po śmierci udawał się do krainy wiecznej młodości i szczęścia. Śmierć to także moment zwrotny. Może właśnie dlatego uważano również, że 31 października duchy zmarłych nawiedzają swoje domostwa. Z historycznych zapisków wynika, że w IX wieku Kościół Katolicki ogłosił dzień 1 listopada dniem Wszystkich Świętych. Spotkanie tradycji?

Obchody Halloween spopularyzowali w Stanach Zjednoczonych liczni emigranci irlandzcy z początku XIX wieku. Z roku na rok obserwuję, że na uliczkach Dublina w „halloweenowy” wieczór, zwiększa się ilość księżniczek i baletnic w porównaniu z liczbą czarownic oraz ilość Spider Manów i Elvisów Presley’ów w porównaniu  z liczbą kościotrupów…