Pewnego dnia, minionego już roku, wracając ze spaceru, spotkałam bardzo sympatyczną irlandzką sąsiadkę z dzieckiem w wieku Tusia. Obie spieszyłyśmy się, żeby podać dzieciom obiadek. „Dziś mam zupę pomidorową, więc szybko zje i wracamy nad morze” oznajmiłam zadowolona. „A u mnie oxtail soup. Też spodziewam się, że zje ze smakiem” odpowiedziała sąsiadka. Nazwa zupy zaintrygowała mnie. „Czy to jest zupa z ogona wołowego?” dopytałam się. „Tak, jest bardzo pożywna, zawiera dużo żelaza” usłyszałam.

I to wystarczyło, żebym wybrała się na poszukiwanie wołowego ogona. Znajomy już rzeźnik przywitał mnie uśmiechem. Tak, można kupić wołowy ogon. W każdy piątek, na zamówienie. Ilość ograniczona. Wpisał moje nazwisko do zeszytu. Tymczasem…

Wieczorem puka sąsiadka i wręcza mi torebkę firmy Knorr. Napis: Oxtail Soup. Rich in iron. „Zauważyłam, że zainteresowałaś się tą zupą, więc przyniosłam na spróbowanie. Przygotowanie 3 minuty” powiedziała. Zbladłam. „Słuchaj, ja właśnie zamówiłam u rzeźnika wołowy ogon. Prawdziwy!!! Będzie w piątek…” wyjąkałam. Wybuchnęłyśmy śmiechem. „To koniecznie mi przynieś trochę tej potrawki” zakpiła sąsiadka. „Ale będziesz musiała jej spróbować” nie pozostałam dłużna.

Właściwie czemu nie? Znalazłam przepis na irlandzki gulasz z wołowego ogona. Przygotowanie 2 godziny + 3 godziny duszenie + butelka dobrego czerwonego wina + 6 godzin w lodówce. No i jak tu się dziwić, że zupy w proszku tak świetnie się sprzedają.

I tak wołowy ogon ukrywał się na dnie zamrażalnika, dopóki nie został wytropiony przez Pawła. „A to co?” zapytał szef kuchni? „Ogon” odpowiedział kuchcik. „Zajmuje sporo miejsca” zauważył szef kuchni. „Odważysz się go zjeść, jak przygotuję?” kuchcik kuł żelazo póki gorące.

I tak wołowy ogon jawnie leżał w zamrażalniku, aż jego termin ważności powoli zaczął dobiegać końca. „To będziesz coś robić z tego ogona?” zainteresował się Paweł w sobotni poranek. „Zrobię oxtail stew na jutrzejszy obiad. Przecież nie wyrzucę tego ogona. Z tego przepisu wynika, że w czasach Depresji ludzie uważali takie ogony za rarytas” przekonywałam sama siebie.

Godziny przygotowań. Zadanie dla wytrwałych. Rodzaj swoistej pokuty. Bardzo dużoooooooo warzyw i ziół. Czerwone wino. Marynata odstawiona na nocne leżakowanie w lodówce. Wielki sukces kulinarny. Potrawka jest … smaczna.

Pukam do sąsiadki. Otwiera jej mąż. Wręczam mu talerz z gulaszem. „Przyniosłam na spróbowanie. To gulasz z wołowego ogona” informuję na powitanie. „Czy to tradycyjna polska potrawa?” pyta zaskoczony sąsiad. „Nie, to tradycyjna irlandzka potrawa” odpowiadam „Twoja żona mi ją poleciła”. Nadbiega sąsiadka, zerka na półmisek i wybucha śmiechem: „A jednak to ugotowałaś!”

„Smacznego. Słowo się rzekło…”