Po dwóch latach przerwy, wróciliśmy do naszej świątecznej tradycji. Wyjazdowej. Tym razem, co prawda, wyprawa tylko 30 km od naszego irlandzkiego wynajmowanego domu. Ale jest fantastycznie. Dziś, po raz pierwszy od kilku tygodni, ustały silne wiatry i zaświeciło słońce. Przyjemnie jest znowu odkryć zieloność tej wyspy, owieczki pasące się na łąkach, hektary pól golfowych. I gdzieś w tym wszystkim nasz upragniony hotel. Marzenie o świątecznej sielance.

Z oferty pokoi hotelowych wybraliśmy opcję dwóch pokoi połączonych, które decyzją mieszkańców jednego z nich, można całkowicie odizolować. Jeden pokój dla Babci z trójką Aniołków, drugi dla nas. Hurra!!!

Przy hotelu piękny plac zabaw. W hotelu świetlica popołudniowej rozrywki dziecięcej. Dziś była prezentacja sklepu z zabawkami Hamleys. Dzieci dostały kolorowe plansze, z których robiły piankowe naklejki. Jutro w planie malowanie balonów, a w niedzielę wyprawa w poszukiwaniu czekoladowych jajek.

Oczywiście, jak zawsze podczas wyjazdu rodzinnego, każdy próbuje się gdzieś wymknąć. Dziś mnie się udało. To prawdziwy cud. Spędziłam 3 godziny w hotelowym Spa. Po masażu gorącymi kamieniami i kilku maseczkach na twarz, czuję się o dziesięć lat młodziej. Paweł miał mniej szczęścia. Kiedy nurkował w walizce, szukając butów do biegania, został nakryty przez Lusię. Ręcznikiem kąpielowym. I tym sposobem spędził godzinę na pływalni w towarzystwie zaradnej córki, zamiast samotnie szukać wiatru w polu. Babcia dopiero orientuje się w sytuacji. To jej pierwszy hotelowo-świąteczny wyjazd z nami. Dlatego pewnie uda jej się wymknąć dopiero w niedzielę:-)

Jutro będzie nam brakowało wyprawy z koszyczkiem „święconki”. Ta tradycja nie jest znana w Irlandii. Wtedy opowiem dzieciom, już po raz kolejny, jak moja ś. p. Babcia, kiedy miała pięć lat, wybrała się ze swoją Babcią do kościoła w sobotni świąteczny poranek. Podczas dwugodzinnego nabożeństwa moja Babcia zgłodniała, a jej Babcia przysnęła… W efekcie poświęcone zostały skorupki od jajek. Sama jako dziecko uwielbiałam tę opowiastkę. Ale nigdy nie miałam odwagi powtórzyć tego wyczynu. Może dlatego, że święcenie pokarmów w czasach mojego dzieciństwa trwało kwadrans i moja Babcia nie miała szansy się zdrzemnąć.