Kilka dni temu, Lusia zaskoczyła nas informacją: „Gdybyśmy zbierali wodę z tego kapiącego w kuchni kranu, wystarczyłoby na wieczorną kąpiel. Marnujecie wodę. Pomyślcie o naszej planecie.” Trzyletni Tusio i dwuletnia Róża spojrzeli na nas z wyrzutem. W tej sytuacji nie mieliśmy wyjścia. Zadzwoniłam do hydraulika. Kran okazał się typem angielskim. Co oznacza, że nie ma wewnątrz uszczelek, które można wymienić. Trzeba kupić nowy kran.

Udałam się do sklepu, wskazanego przez hydraulika. Pokazałam zdjęcie. Zostałam zapewniona, że kran będzie następnego dnia. Sklep otwarty do 17. Dojechałam na miejsce punktualnie o 17. Drzwi były już zamknięte. Od odjeżdżającego autem pracownika, usłyszałam przez uchyloną szybę, żebym weszła do sklepu bocznymi drzwiami. W środku był pan, u którego zamówiłam dzień wcześniej kran. Na mój widok, sięgnął po pudełko. Zawahałam się, czy to ten sam model kranu. Wtedy usłyszałm propozycję, żebym wzięła kran do domu, sprawdziła na miejscu i rano zadzwoniła, czy jest dobry. Gdyby okazało się, że nie pasuje do mojego zlewu, miałabym go zwrócić; jeśli byłby odpowiedni, przyjechać i zapłacić lub podać numer karty kredytowej przez telefon i w ten sposób sfinalizować transakcję zakupu.

Na szczęście to był ten kran! Już nie kapie i mogę z dumą powiedzieć dzieciom, że ratujemy naszą planetę.

A przy okazji, w tym sklepie (DPL, Glenageary) odnalazłam taką Irlandię, do której przyjechaliśmy!