Siedzę na podłodze w suszarni schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Na szczęście moja towarzyszka wyprawy i ja, mamy zapasowe ubrania. Z wyjątkiem butów… W butach chlupie woda. Siedzimy boso. Za drzwiami suszarni błoto. Tłum ludzi, ociekających, jak my, wodą deszczową. W suszarni jest przyjemnie ciepło i pusto. Po chwili wchodzi grupka zmokniętych młodych ludzi. „Ha, a ja wziąłem japonki” chwali się ktoś. „Czy pan w japonkach będzie tak uprzejmy i kupi nam w barze herbatę z sokiem malinowym?” kuję żelazo póki gorące. Nie zamierzam się przeziębić. Nie ma to jak kubek gorącej herbaty w górskim schronisku…

Żołądek daje mi znać, że zbliża sie pora obiadu. Poza tym, suszarnię odkrywa coraz więcej osób. Brakuje miejsca na mokre ubrania. Musimy zdjąć ze sznurków nasze podsuszone kurtki, żeby nie przykryto ich mokrymi. Jest duszno. Wyjmuję z plecaka reklamówkę i robię z niej dwie foliowe skarpetki. Dzięki temu nie czuję zimna mokrych butów.

Poprzedniego dnia próbowałam wspiąć się z ojcem na Rysy (2499 m n.p.m), ale gęsta mgła zawróciła nas z drogi, gdy pozostało jeszcze półtorej godziny wspinaczki. Kolejnego dnia zaplanowane Spa w Zakopanem. Moje trzydniowe wakacje, podczas których Paweł dzielnie samodzielnie opiekuje się trójką dzieci. Paweł swoją jednodniową górską wyprawę odbył w czerwcu w Dublin Mountains. Grupa rosłych mężczyzn, uśmiechniętych od ucha do ucha, bo uwolnili się spod czujnych oczu żon i obsiadających kolana dzieci. Dopiero teraz rozumiem to uczucie:-)