You are currently browsing the tag archive for the ‘dublin’ tag.

Gdzieś mi uciekły wolne poranki. Dzieci w szkole, przedszkolu. Tylko usiąść i pisać… Na przykład środy. Kątem oka zerknęłam na kartkę na tablicy ogłoszeń nieopodal. Hokej na trawie dla kobiet, poziom bez znaczenia, trawa w szkole na wprost mojego domu. Nie mogłam sobie odmówić…

Zaczęłam od upewnienia się, że poziom zerowy też jest akceptowalny. Po czym udałam się do sklepu po niezbędny sprzęt: drewniany kij, osłonę na szczękę, ochraniacze na łydki.

Hokej na trawie jest w Irlandii głównym sportem żeńskim, często obowiązkowym w szkołach średnich. Na pierwszym spotkaniu było jasne, że jedyną osobą, która nigdy wcześniej nie miała w ręku kija hokejowego, byłam ja… Ale, wierząc, że nauka czyni mistrza, postanowiłam kontynuować. Co prawda w ciągu trzech miesięcy nie udało mi się strzelić gola, ale wiele razy (no może kilka…) obroniłam naszą bramkę. Zorientowałam się, że chętniej gram na pozycji środkowej lub obrony, a niepewnie czuję się w ataku. Pewnie ma to związek z moim łagodnym charakterem:-)

Od czasu do czasu, po godzinie radosnej gonitwy za piłką, idziemy na zasłużoną filiżankę kawy. I nie wiadomo kiedy wybija południe i muszę biec po Tusia i Różę do przedszkola…

Od ponad dwóch lat, w każdy piątkowy poranek, po zaprowadzeniu Lusi do szkoły i Tusia do przedszkola, dołączam z Różą do grupy pięciu irlandzkich koleżanek na szybki godzinny spacer brzegiem morza. Po takim wysiłku zasłużona kawa i rogalik, albo irlandzka słodka bułeczka (scone). Najczęściej w pobliskiej kawiarni. Pogawędki na temat szkół, spędzania wolnego czasu, wychowywania dzieci, wydarzeń kulturalnych, książek, filmów…

Podczas tych piątkowych spacerów, zorientowałam się, że w tej grupie koleżanek, każda należy do klubu czytelniczego. Jest to modne. Sama idea przywodzi mi na myśl dyskusyjne kluby filmowe, z czasów liceum. W praktyce jednak, są to spotkania typowo towarzyskie, w damskim gronie, sześć – osiem osób. Nie ma tu struktury, ani rygoru; atmosfera jest relaksująca. Członkinie klubów spotykają się, na przykład, raz w miesiącu, aby omówić zaplanowane do przeczytania książki lub książkę. Spotkania odbywają się w domach, wieczorami, kiedy dzieci smacznie śpią. Panie siedzą na miękkich kanapach, przy ciepłych kominkach, z lampką wina w dłoni.

Spotkania są okazją, aby dowiedzieć się, co nowego ostatnio wydano lub po prostu usłyszeć, o czym jest książka, której nie ma się ochoty przeczytać. Na listach, wybranych do omówienia pozycji, dominują książki, wydane w Irlandii, Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy, zaprezentuję dzieła irlandzkich pisarzy i poetów, które sama przeczytałam: napiszę kilka słów o autorze, przedstawię pokrótce fabułę, zamieszczę moją recenzję oraz opinie moich irlandzkich koleżanek. Załączę też listę innych książek danego autora.

Zachęcam Was do wspólnego odkrywania literatury irlandzkiej. Zapraszam do dyskusji na temat tych książek, w formie komentarzy do poszczególnych wpisów. Oto lista, którą proponuję na początek:

Październik 2012, Cecelia Ahern „If you could see me now” („Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

Listopad 2012, Emma Donoghue “Room” („Pokój”)

Grudzień 2012, Colm Tóibin „Brooklyn” (“Brooklyn”)

Styczeń 2013, Neil Jordan “Mistaken”

Luty 2013, Colum McCann “Let the Great World Spin” (“Niech zawiruje świat”)

Wybrałam też kolejnych autorów, ale waham się jeszcze nad próbką ich twórczości:

Marzec 2013, Meave Binchy

Kwiecień 2013, Sarah Webb

Maj 2013, Joseph O’Connor

Przyjemnej lektury!

Jak w każdą niedzielę przed południem, wybraliśmy się do pobliskiego parku. Dzieci buszują na placu zabaw, a my wśród straganów z tradycyjnymi wyrobami. Do Peoples Park, w każdą niedzielę, od lat, przyjeżdżają okoliczni rolnicy oraz artyści, a także handlarze kolonialni.

Kupiłam trochę suszonej lawendy (żeby w szafach był przyjemny zapach), swojskie sery (jestem od nich uzależniona), sałatę, różnokolorowe marchewki i ziemniaki (w ramach wspierania upraw ekologicznych), makaron i pesto (na stoisku włoskim). Torba zrobiła się ciężka. Rozejrzałam się za Pawłem, który miał kupić coś na obiad piknikowy, owoce i ciasto marchewkowe. Wokół mnie biało-czerwone koszulki i białe czapki z czerwonymi pomponami. Ciekawe co to takiego? „Mama, tu jesteśmy” Lusia przywołała mnie do rzeczywistości. „Mama, ole-ole, Polska biało-czerwoni” dodał swoje trzy grosze Tusio. „Ole-ole” wtórowała półtoraroczna Róża. „Co to może być?” rzuciłam w przestrzeń. „Gdzie jest Wally” stwierdziła Lusia. „Jaki Wally? Nie znam żadnego” odparłam. „Maamaa. Wally z książki. No ten Wally, który nosi bluzkę w paski i okulary” wyjaśniła Lusia „mnóstwo ludzi się za niego przebrało!” Bohater książek-ilustracji Martina Handforda.

Powrót z wakacji. Pierwszy tydzień szkoły. Zupełnie zapomniałam. W ubiegłym tygodniu w Dun Laoghaire, na południe od Dublina, miało miejsce coroczne święto książki, zwane tu festiwalem. Od wtorku do niedzieli odbywały się różnego rodzaju imprezy kulturalne: w miejscowym teatrze, muzeum oraz hotelu – spotkania z wybranymi pisarzami lub poetami, w urzędzie miasta, klubie żeglarskim i w parku – warsztaty pisarskie, dyskusje oraz happeningi. Lusia była przecież ze swoją klasą na spotkaniu z angielskim autorem książek dla dzieci. Tego dnia Steve Cole stał się dla niej i jej rówieśników gwiazdą. Natychmiast postanowiła przeczytać wszystkie jego książki. Ja planowałam wziąć udział w spotkaniu z Philippą Gregory, moją ulubioną angielską pisarką historyczną. Ale… no właśnie, zupełnie zapomniałam. Festiwal to okazja dla pisarzy i poetów, żeby wypromować swoje dzieła. Najnowsze książki są dostępne do nabycia tuż po prezentacjach autorów.

Festiwal jest co roku świetnie zareklamowany. Szczegółowa agenda jest ogólnie dostępna. Okazuje się jednak, że nawet arcydzieło marketingu może umknąć uwadze zabieganej miłośniczki literatury…

To wydarzenie zainspirowało mnie do założenia nowej kategorii: Pisarze i poeci irlandzcy. Już wkrótce!

W ubiegłym roku w lipcu Paweł zagadnął: „może wezmę udział w maratonie”. „A kiedy jest ten maraton i ile to km?” zapytałam. Brak odpowiedzi. „Tata poszedł wyrzucić śmieci” przyszła mi z pomocą Lusia. Po chwili: „Ile to km i kiedy? ” drążyłam. Brak odpowiedzi. Aha, rozmawia przez telefon. Wreszcie się odważył: „42km, w październiku. Mam aż 3 miesiące, żeby się przygotować”. Kiedy ochłonęłam: „Przecież od 2 lat w ogóle nie biegasz. Do maratonu trzeba się przygotowywać przez wiele mesięcy i to w odpowiedni sposób”. „Nie wierzysz we mnie” stwierdzenie zranionego mężczyzny. Po godzinie serwis informacyjny: „Wpisałem się. Pojutrze zaczynam trening, 17km”. „Zwariowałeś. A poza tym, nie masz kiedy biegać” osłupiałam. W odpowiedzi Paweł przedstawił swój plan: „Będę biegał w soboty w górach, jak Lusia ma konie (i tak na nią czekam) i raz w tygodniu wieczorem, jak dzieci pójdą spać. Aha, zapłaciłem za udział 80 euro”.

Następnego dnia byłam z Lusią w bibliotece. Spostrzegłam na półce książkę o tym, jak przygotować się do maratonu.  Taki zbieg okoliczności! Niestety, książka była zarezerwowana. Wieczorem zaproponowałam Pawłowi, że kupię taką książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, odmówił. Ciągle jeszcze był obrażony…

Poniedziałek, po sobotnim 17-kilometrowym biegu: „Dotknij moją łydkę. Jak ruszam nogą, coś tu chrzęści”. W ciągu kolejnych 3 tygodni miały miejsce 2 wizyty u 2 różnych fizjoterapeutów w Irlandii, z których każdy postawił inną diagnozę oraz 1 wizyta u chirurga w Irlandii, który postraszył sterydami, 1 wizyta u lekarza sportowego w Polsce, usg i seria masaży. Wszyscy specjaliści byli zgodni co do jednego szczegółu – nie ma szans na udział w maratonie. Pani doktor, oglądająca nogę w Polsce, westchnęła: „W tym tygodniu miałam już dwóch 40-latków z zerwanym ścięgnem achillesa, którzy z dnia na dzień poczuli drugą młodość i natychmiastową chęć poprawienia swojej kondycji.”

Po kilku miesiącach Lusia przygotowuje list do Św. Mikołaja: „Tato, a dla Ciebie o co poprosić?”. Paweł bez chwili wahania: „Poproś o tę książkę o przygotowaniach do maratonu, którą mama chciała mi kupić”.

Były też książki pożyczone od znajomych, książki z biblioteki, rozmowy z osobami, które biegły już w maratonach. Na przykład, jeden z naszych sąsiadów ukończył tegoroczny maraton w Paryżu, razem ze swoimi braćmi i ponad 70-letnim ojcem. Takie rodzinne spotkanie w biegu. I bardzo motywujące!

W kwietniu Paweł z sukcesem bierze udział w 10-kilometrowym biegu charytatywnym. Stopniowo zwiększa dystans, przygotowując się regularnie do wrześniowego półmaratonu w Dublinie. Trzy dni temu ogłasza: „Dziś przebiegnę 21 km, żeby sprawdzić czas. Powinienem wrócić za ponad 2 godziny”. Po 40-minutach staje w drzwiach ze spuchniętym kolanem. „Wiesz, w jednej z tych książek było napisane, że metodą na szybszy bieg, jest patrzenie na wprost, zamiast pod nogi. Nie przewidzieli tylko, że w naszej okolicy jest akurat jakiś festiwal i rozkładają metalowe konstrukcje. Szare belki niedbale porozrzucane na szarym deptaku. Biegłem szybko, patrzyłem w dal, padłem plackiem” opowiada. „Mam nadzieję, że później już nie biegłeś” patrzę na niego badawczo. No tak…

Kolano, pomimo smarowania Altacetem i okładów ze świeżych liści kapusty, nadal jest trochę spuchnięte. Półmaraton już za 5 dni. Teraz chyba muszę rozejrzeć się za książką o pozytywnym myśleniu?

Podejmując decyzję o wyjeździe do Irlandii, zastanawialiśmy się, jakie korzyści miałaby z tego, trzyletnia wtedy, Lusia. Na liście plusów znalazła się nauka angielskiego.

Po kilku dniach poznawania okolicy oraz porządkowania domu i ogródka, postanowiłam rozejrzeć się za przedszkolem. W czasie spacerów zlokalizowałam trzy. Kolejne dwa znalazłam przez internet. Był koniec czerwca. Chciałam, żeby Lusia zaczęła chodzić do przedszkola w lipcu. Początkowo na dwie godziny, żeby mogła się przyzwyczaić i stopniowo zwiększać ilość godzin. Zadzwoniłam do tych pięciu przedszkoli. Od razu z listy musiałam wykreślić trzy: w jednym nie było miejsc; w drugim było miejsce, ale tylko w godzinach 9:00 – 12:30; w trzecim było miejsce od razu na cały dzień. Przedszkole, w którym było miejsce w godzinach porannych, wydawało się idealnym rozwiazaniem dla osoby niepracujacej. Ja, natomiast, zamierzałam rozpocząć pracę pod koniec roku. Wariant dwugodzinny nie wchodził w grę w żadnym przedszkolu. Ostatecznie, Lusia zaczęła chodzić do przedszkola, które zaoferowało miejsce na kilka godzin. Po dwóch miesiącach przeniosłam ją do przedszkola, w którym było wolne miejsce na cały dzień. Wtedy zdecydowałam się podjąć pracę na pełny etat.

Irlandia lato 2006. Boom. Instytucja „przedszkole państwowe” nieznana. Instytucja „żłobek” nieznana. Przedszkole prywatne może założyć praktycznie każdy. Chętni są mile widziani. Programy rządowe oraz urząd miasta zachecają dotacjami. Przedszkoli po prostu brakuje. Najczęściej przyjmowane są dzieci w czterech grupach wiekowych: +4 miesiące (grupy 3-osobowe), +10 miesięcy (grupy 6-osobowe) ,+2 lata (grupy 8-osobowe), +3 lata (grupy 8-osobowe, określane jako Montessori). W naszej dzielnicy, miesięczny koszt za opiekę całodniową 8:00-18:00 to około 900-1000 euro; za pół dnia około 550-600 euro. W ofercie zdarzają się dodatkowo płatne zajęcia z rytmiki. Niektóre przedszkola zatrudniają kucharkę, która przygotowuje śniadania, owoce, jednodaniowy obiad oraz podwieczorek. Do innych, dzieci przynoszą posiłki z domu. Na taka rzeczywistość natrafiliśmy tuż po przyjeździe. Musieliśmy „wyskrobać” z naszego domowego budżetu pokaźną sumkę na edukację Lusi.

Irlandia lato 2012. Kryzys trwa. Od dwóch lat funkcjonuje program rządowy, dofinansowujący naukę przedszkolną. Mogą z niego korzystać dzieci, które na dzień 1 września danego roku, ukończyły 3 lata i 3 miesiace. Program pokrywa koszt pobytu dziecka w przedszkolu przez 3 godziny dziennie. Przedszkole musi spełniać określone warunki, aby wziąć udział w programie, m. in. zatrudniać nauczycieli Montessori. Obowiązuje również ustandaryzowany program. Dzięki niemu, dzieci w wieku +4 lata i 3 miesiące, które rozpoczną szkołę podstawową, będą znały wszystkie litery alfabetu i cyfry od 0 do 10. W takiej rzeczywistości znajdujemy się obecnie. Tusio od września będzie objęty programem ECCE.

Dzieci (z wyjątkiem programu ECCE) są zapisywane do przedszkoli w zależności od potrzeb rodziców, na dowolne godziny lub dni. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby nie napisać: czasy się zmieniły.

Pisząc o hodowli koni pełnej krwi w Tully, obok Kildare, wspomniałam o innej tamtejszej atrakcji turystycznej, ogrodach japońskich i ogrodzie św. Fiakriusza. Na mnie większe wrażenie zrobiły ogrody japońskie, ale pewnie zdania będą tu podzielone.

Ogrody japońskie

Zostały założone w latach 1906-1910 przez japońskiego ogrodnika Tassa Eida oraz jego syna Minoru. Poprzez odpowiednie rozplanowanie roślin, skał i wody, uzyskali oni symboliczną drogę, jaką przemierza człowiek (a właściwie mężczyzna), podczas swojego życia. W ogrodach oznaczono numerami aż 20 miejsc, przedstawiających w romantyczny sposób szczególne momenty życia.

I tak przespacerowaliśmy się od Bramy Zapomnienia i Groty Narodzin do Bramy Wieczności. Utknęliśmy już w Tunelu Ignorancji (3), gdzie Lusia z Tusiem zaczęli bawić się w chowanego. Na szczęście zostali stamtąd wypłoszeni przez kolejną zwiedzającą rodzinę. Wspięliśmy się na Wzgórze Nauki. Kiedy zbliżyliśmy się do wilczego dołu, zrozumiałam co to znaczy „mieć oczy dookoła głowy”. Następnym etapem było Rozdroże. I tu rozdzieliliśmy się, wbrew idei projektantów, żeby dogonić nasze, rozbiegające się dzieci. Ale dzięki temu Paweł miał wymówkę, żeby umknąć w ścieżkę stanu kawalarskiego, zamiast podążać ścieżką, prowadzącą do życia w małżeństwie. Dlatego też, nie odegraliśmy scenki zapoznania się na Wyspie Szczęśliwości i Cudów, ale spotkaliśmy się od razu na Moście Zaręczyn i uroczyście wstąpiliśmy na Most Małżenstwa. Stąd dzieci wciągnęły nas na piękny czerwony Most Życia, który był już etapem nr 17. W związku z tym uniknęliśmy Rozczarowań i Wzgórza Ambicji. Ale było mi szkoda Ścieżki Miodowego Miesiąca. Po chwili dzieci dostrzegły mały domek, który okazał się Pawilonem Herbacianym (15). Tu trochę odsapnęliśmy czekając, aż znudzi im się oglądanie wszystkich zakamarków „domku”, a przy okazji wypatrzyliśmy Studnię Mądrości (16). Kto powiedział, że konieczne jest przejście wszystkiego po kolei? Powoli dotarliśmy do Krzesła Sędziwego Wieku. Na wszelki wypadek, szerokim łukiem ominęliśmy Wzgórze Żałoby. Przechodząc przez Bramę do Wieczności, czułam się naprawdę jak w siódmym niebie: byliśmy w komplecie.

Ogród Św. Fiakriusza

Św. Fiakriusz był irlandzkim mnichem z VI w., który bardzo lubił prace w ogrodzie, a ogród miał, jego zdaniem, ukazywać naturalne środowisko. Został patronem ogrodników. Sama uwielbiam sadzić roślinki i je pielęgnować. Dlatego bardzo chciałam zapoznać się z koncepcją tego irlandzkiego ogrodu. I tu wyznam, pamiętam tylko tyle, że ogród był bardzo malowniczy. Zatrzymaliśmy się przy jeziorku. W jeziorku pływały łabędzie. Tusio bardzo chciał bawić się w łabędzia. W pewnym momencie wystawił nogę i… Pawel go złapał. Nie mieliśmy wątpliwości: czas wracać do domu. Poza tym, byliśmy tu przecież pięć lat wcześniej…

W Irlandii bardzo popularne są miejsca o nazwie „Barber Shop”, co w moim wolnym tłumaczeniu oznacza golibrodę. W Polsce nigdy nie spotkałam się z taką wariacją usług fryzjerskich. Dlatego z zaciekawieniem wysłuchałam historii golibrody z pewnego irlandzkiego miasteczka w centrum kraju. Miasteczko było małe, a w nim aż dwa zakłady o nazwie „Barber Shop”. Kilka lat temu był jeden. Pracowali w nim ojciec i syn. Fach przekazywany z pokolenia na pokolenie. Obecnie strzyżenie, farbowanie i układanie włosów. Podobno jakiś czas temu syn przeniósł się do lokalu po drugiej stronie ulicy. Plotka głosi, że młody golibroda lubił raz za czas przerwać monotonię dnia, kontemplując dym od papieroska. Starszy cyrulik bardzo poważnie traktował klientów. Pouczał więc syna, by ten wychodził na przerwę tylko wtedy, kiedy poczekalnia jest pusta. W efekcie tych pouczeń, nastapiło pokojowe rozstanie. Starszy balwierz strzyże starsze pokolenie, a młodszy młodsze. Zasada ta nie została nigdzie zapisana, ale dziwnym trafem, tak się właśnie sprawy mają. Po jednej stronie ulicy styl fryzur „z tamtych lat”, po drugiej coś bardziej „trendy”. Problem przejmowania klientów nie zaistniał.

Starszy balwierz odwiedza codziennie syna w zakładzie naprzeciwko.

Trafiłam na takie właśnie rodzinne spotkanie. Zagadnęłam więc, czy dawniej golibroda zajmowal się goleniem bród. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, ale że oferta uslug była znacznie bogatsza: usuwanie zębów, czyszczenie uszu, nastawianie złamanych kości, a nawet amputacja nogi lub ręki. Rozejrzałam się niepewnie dookoła. „Czy nadal się tym zajmujecie” zapytałam. „Jeśli jest taka potrzeba” starszy cyrulik puścił do mnie oko. „Nie, nie, dziekuję. Dziś tylko czesanie” odparłam pośpiesznie.

W sobotę, po kilku dniach deszczu i mżawki, promieniom słońca udało się przedrzeć przez gęste chmury, aby przywrócić nam nadzieję na piękne lato. Szósty zmysł Pawła skoro świt zarejestrował zmianę aury. To spowodowało, że zostałam obudzona okrzykiem „będzie słońce, hurra! jedźmy gdzieś”. Po czym nastąpiła wymiana pomysłów i ich wzajemne odrzucanie „tu za daleko, tu za blisko, tam byliśmy ostatnio”. Zwyciężyło Kildare, Tully, Stadnina Koni Irish National Studs i Ogrody Japońskie. Od nas godzina jazdy samochodem. Byliśmy tam pięć lat wcześniej, czyli dawno temu.

Na miejscu wymarzony upał (jak na Irlandię), 20 stopni, ciepły wiatr. Kupujemy bilety wstępu. Czekamy na przewodnika, spacerując po bardzo zadbanym terenie stadniny. Tymczasem w punkcie spotkań zbiera się spora grupa turystów. Po kilku minutach, dołącza do nas przewodnik, Kate. Opowie nam historię stadniny i wprowadzi nas w tajniki biznesu, jakim jest hodowla koni pełnej krwi. Ogrody Japońskie oraz Ogrody St. Fiachra zwiedzimy sami, przy pomocy folderu z mapką.

Konie w Tully

Szkot, William Hall Walker, w 1900 roku założył hodowlę koni pełnej krwi na terenie, zakupionym od miejscowego farmera. W 1917 roku przekazał świetnie prosperującą stadninę władzom Wielkiej Brytani, w podziękowaniu za otrzymany tytuł szlachecki. W 1943 roku stadnina stała się własnością rządu irlandzkiego, a od 1945 roku funkcjonuje pod nazwą Irish National Stud.

Działalność polega na hodowli koni rasowych, czyli inaczej mówiąc na ich rozmnażaniu. Koń bierze udział w wyścigach zazwyczaj pomiędzy drugim, a szóstym rokiem życia. Zwyciężając, powiela majątek swego właściciela. W trakcie czteroletniej kariery może skumulować setki tysięcy euro. Ale jeszcze więcej zarobku może przysporzyć właścicielowi po tych sześciu latach sławy i wzmożonych treningów.

Konie wyścigowe na emeryturze

I tu od razu rzuca się w oczy nierówność płci. Emerytowane ogiery mają pojedyncze luksusowe boksy z przeszklonym dachem i pojedyncze wybiegi. Klacze śpią i biegają razem. Na drzwiach do boksu ogiera jest metalowa tabliczka z opisem jego sportowych osiągnięć. Na drzwiach do zbiorowej stajni klaczy są umieszczone kartki papieru. Zadaniem emerytowanego ogiera, który trafia do stadniny, jest zapewnienie potomstwa „koleżankom” z wyścigów. Ogier „spotyka” w sezonie około 100 klaczy. Od klaczy oczekuje się, że urodzi jedno źrebię rocznie. I tak przez kolejne 20 lat. Okres rozpłodowy trwa od 15 lutego do 15 lipca. Dzięki temu porody, po 11 mięsiącach ciąży, przypadają na okres od 15 stycznia do 15 czerwca. To natomiast, zapewnia właścicielowi wystarczająco silnego konia na wyścigi w odpowiednim dla niego roczniku, gdyż daty urodzin są zawsze oznaczane na dzień 1 stycznia.

Ogiery są zazwyczaj własnością stadniny. Za każdą randkę ogiera i klaczy, której efektem będzie urodzone źrebię, właściciel klaczy uiszcza opłatę właścicielowi ogiera. Obecnie cena waha się od 4 tys. do 60 tys. euro (ogier Invincible Spirit). Pomnożone przez 100 w sezonie… Właściciel klaczy płaci również za jej pobyt w stadninie, 27 euro za dobę. Z kolei jego zarobek to zysk ze sprzedaży źrebaka. Najkorzystniejsza transakcja w tym sezonie: koszt 60 tys. euro, sprzedaż 111 tys. euro, zysk 51 tys.

Niektóre ogiery, po sezonie irlandzkim, są transportowane samolotem do Australii. Czeka je tam 4-tygodniowa kwarantanna, czyli urlop, a następnie kolejnych 100 klaczy. Po zakończeniu sezonu australijskiego, ogier wraca do Irlandii i przechodzi kolejną 4-tygodniową kwarantannę.

Jakiś mężczyzna z tłumu westchnął „ale fajna praca”. Inny dodał „tylko po co ten urlop”. Jego partnerka zgromiła go wzrokiem.

Hodowla w praktyce

Właściciel klaczy wybiera ogiera, analizując jego „wyścigowe CV” oraz osiągnięcia jego starszego potomstwa. Następnie rezerwuje termin pobytu klaczy w stadninie. Zdarza się, że aplikacja zostaje odrzucona z powodu zbyt miernych wyników klaczy w wyścigach lub … z braku miejsc. Klacz jest regularnie badana przez weterynarza. Codziennie przechodzi też test „gotowości”, przy udziale specjalnie przeznaczonego do tego celu konia, zwanego „teaser”. Spotykają się na dziedzińcu „testowym”. Jeśli klacz zignoruje obecność „teasera”, oznacza to, że nie jest to jeszcze ten dzień. Jeśli okaże zainteresowanie, „teaser” jest odprowadzany, a klacz zostaje zabrana na spotkanie z ogierem. Świadkiem tej randki jest pięcioosobowy zespół. Poza personelem stadniny, fotograf, który ma przedstawić właścicielowi klaczy niezbite dowody ojcowstwa. Po kilku tygodniach klaczy wykonuje się USG. Po 11 miesiącach następuje poród. Jeśli źrebak jest wcześniakiem, stadnina dysponuje inkubatorem. Klacz, w dniu przewidywanego porodu, jest badana co pół godziny. Personel stara się być obecny przy porodzie. Ale, pomimo stałego dozoru, często klaczy udaje się urodzić w samotności. W ciągu pół godziny, kiedy nikt jej nie przeszkadza. Zwykle w nocy. Następnego ranka klacz i źrebię są gotowi do wyjścia na łąkę.

Opieka nad noworodkiem

Czasem zdarza sie, że klacz nie przeżyje porodu, odrzuci noworodka lub po prostu nie produkuje wystarczającej ilości mleka. Wtedy stadnina oferuje mamkę. Jest to klacz nierasowa, zatrudniona do pracy w stadninie, podobnie jak koń „teaser”, z którym to ona co roku ma źrebaka. Jeśli konieczna jest dodatkowa opieka nad maluchem pełnej krwi, w nocy źrebak mamki zostaje podmieniony.

Co dalej?

Półroczny źrebak jest zwykle gotowy do rozpoczęcia treningu. Jednym z miejsc szkolenia koni wyścigowych jest Curragh, również położone w pobliżu Kildare. Ale to już zupełnie inna historia.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Przed naszym nowowynajętym domkiem na południu Dublina stały dwa pojemniki na śmieci. Zielony, przeznaczony na papier i plastik oraz czarny, na pozostałe odpady. Dowiedzieliśmy się, że w pobliżu znajduje się również centrum recyklingu, w którym można zostawiać szkło i aluminium. W 2006 roku, na naszym krakowskim osiedlu nie było jeszcze, popularnych dziś, kolorowych pojemników. Dlatego z ciekawością obserwowaliśmy, z jaką fascynacją Lusia zabrała się do segregowania śmieci. Ponieważ nie dosięgała do kranu nad zlewem, opakowania po jogurtach płukała w łazienkowej umywalce. Bez względu na pogodę, maszerowała przed dom, żeby przesypać do zielonego pojemnika papierowo-plastikową zawartość kuchennego kosza, jak tylko był zapełniony. W soboty, po śniadaniu wyjmowała z ogrodowej szopki pudełko ze szkłem i przeciągała je pod drzwi domu. Wyprawa do centrum recyklingu stała się prawie tak atrakcyjna, jak wyjście do wesołego miasteczka.

Największą frajdą okazało się coroczne zawożenie choinki na Killiney Hill, gdzie po Bożym Narodzeniu, organizowany jest punkt składowania, niechcianych już, sosen i świerków. Lusia z dumą zanosiła też do szkoły zużyte baterie, które uprzednio pieczołowicie zbierała przez kilka miesięcy do specjalnej puszki. Regularnie dostawaliśmy także worki na zużyte ubrania od irlandzkiej organizacji, zajmującej się segregowaniem i przetwarzaniem tekstyliów.

Zupełnie inaczej do recyklingu podszedł Tusio.

Kosz do segregacji śmieci trzyleni dziś Tusio odkrył kilka miesięcy temu. Problem polegał na tym, że wrzucał do niego wszystko, co akurat uznał za zbędne. Ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Pewnego ranka, szukając skarpetek Tusia, w akcie desperacji, zajrzałam do kosza na plastik i papier. Nie znalazłam w nim, co prawda, skarpetek, ale na dnie dostrzegłam dwie kredki. Odtąd codziennie sprawdzałam bardzo dokładnie zawartość kosza. Udało mi się odzyskać płytę DVD, książeczkę z obrazkami, czapkę i kilka klocków.

Wracamy ze spaceru.  Tusio zdejmuje buty, myje rączki, zagląda w kilka kątów, uporczywie pociera oczy. „Tusiu nie trzej oczek, bo pobrudzisz sobie okulary”. Okulary! Gdzie są okulary?! Ja: „Tusiu gdzie położyłeś okularki?” Tusio: „Gdzie Tusio ma okularki?” Ja: „Tusiu gdzie są okularki?” Tusio: „Okularki recykling.” Tym razem z nadzieją zaglądam do kosza na plastik i papier”. Niestety… Zakładamy z powrotem buciki. Wracamy do miasteczka. W każdym sklepie pytam, czy ktoś znalazł dziecięce okulary. Niestety… Do dziś się nie znalazły. W każdym razie ja ich nie znalazłam. Zostały, w Tusiowi tylko znany sposób, zutylizowane. 100% plastik.

Sen z oczu spędza mi pytanie, jak bardzo kreatywny będzie recykling w wydaniu kilkunastomiesięcznej obecnie Róży.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Sierpień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Blog Stats

  • 37,815 hits
%d blogerów lubi to: