You are currently browsing the tag archive for the ‘dun laoghaire’ tag.

Michael Harding urodził się w 1953 roku w hrabstwie Cavan, a obecnie mieszka w hrabstwie Westmeath. Jego żoną jest rzeźbiarka Cathy Carmen, z którą ma córkę.

Michaela Hardinga można by opisać jako egocentrycznego poszukiwacza prawdy o sobie i świecie. Był nauczycielem. W wieku 24 lat przyjął święcenia kapłańskie. Będąc księdzem romansował z przyszłą żoną, aby przed trzydziestką porzucić parafialne obowiązki i na kolejnych 17 lat zanurzyć się w filozofii buddyjskiej. Mieszkał na wsi, tęsknił za miastem. Mieszkał w mieście, tęsknił za przepychem i socjetą. Był księdzem, tęsknił za kobietą. Założył rodzinę, tesknił za samotnością, itp. W wieku 58 lat zaczął odczuwać skutki wieloletniego mieszania leków przeciwbólowych z alkoholem i zaniemógł fizycznie, po czym emocjonalnie i psychicznie, co współcześnie określa się mianem depresji.

Swoje doświadczenia i poszukiwania opisał w książce p.t.: Staring at Lakes. Książka została zaklasyfikowana jako wspomnienia. Zanim ją przeczytałam, wybrałam się z koleżanką na spotkanie z autorem w Pavilion Theatre, w Dun Laoghaire. Michael jest nie tylko pisarzem, autorem powieści, opowiadań, ale także dramaturgiem, felietonistą, aktorem i gawędziarzem. Swoją książkę zaprezentował w sposób barwny, a jednocześnie intymny. Zachęcił mnie do jej przeczytania. Jednak lektura okazała się lamentowaniem mężczyzny w średnim wieku. Polecam wszystkim kobietom, które chciałyby zagłębić się w zaskakujące przemyślenia 50-latków oraz wszystkim mężczyznom przed 50-ką, aby uniknęli własnego obrazu w krzywym zwierciadle:-) To, co podobało mi się w jego wspomnieniach, to osobiste spostrzeżenia, wyrażone w krótkich myślach, na przykład, że jest w nas wystarczająco dużo wiary, żeby się nienawidzieć, a zbyt mało, aby się kochać. Harding parafrazował tu J. Swifta w kontekście przepychanek religijnych na terenie Irlandii, ale można to przecież odnieść do wielu sytuacji.

Michael Harding wydał następujące powieści:

1986 Priest

1988 The Trouble With Sarah Gullion

2008 Bird in the Snow

2013 Staring at Lakes (wspomnienia)

Sześć z jego sztuk było wystawionych w dublińskim Abbey Theatre.

 

W tym roku zajrzałam do programu festiwalu dosłownie w ostatniej chwili. Nie było już miejsc na spotkanie z pisarzem z mojej top listy Columem McCannem (n.p.: „Niech zawiruje świat”). Bilety na niedzielne pikniki dla dzieci 2-6 lat też były już wyprzedane. Udało mi się, natomiast, pójść z Lusią na sesję z brytyjską pisarką Cathy Cassidy do Pavilion Theatre. Z Cathy rozmawiała Sarah Webb, irlandzka autorka książek dla nastolatek i kobiet:-) Obie panie mają podobną grupę czytelników (lub raczej czytelniczek) i sprawiały wrażenie, że świetnie się rozumieją.

Lusia była tak bardzo zadowolona ze spotkania, że nie dość, iż namówiła mnie na zakup ostatniej powieści Cathy Cassidy p.t.: „Coco Caramel”, to jeszcze stanęła w kolejce po autograf. „Mamo, to nie potrwa dłużej jak godzinkę” zapewniła mnie i z entuzjazmem pogrążyła się w nowozakupionej lekturze. Przymknęłam oczy. Szczęśliwi czasu nie mierzą…

Mieszkać nad morzem. Zimnym. I cieszyć się z tego…

Co prawda nie każdy ma odwagę na kąpiel, surfing lub nurkowanie w wodzie o temperaturze 10 stopni, ale w zasięgu ręki są inne atrakcje.

W ubiegłą sobotę świętowaliśmy Pawła urodziny na pięknej żaglówce, podczas dwugodzinnego rejsu widokowego (www.gosailing.ie). Płynęliśmy z Dublin Bay do Killiney Bay i z powrotem. W tym samym czasie i miejscu odbywały się zawody z udziałem najszybszych jachtów świata. Dodatkowym urokiem wyprawy było więc unikanie pasów wyścigowych.

Z łezką w oku wspominaliśmy też prawdziwe dwu-, trzytygodniowe rejsy jeziorkowe i morskie, kiedy to za sterem siedzieliśmy my, a nie skipper. A skutek uboczny naszego sobotniego żeglowania jest taki, że Paweł zaczął mówić we śnie o kupieniu jachtu i opłynięciu kuli ziemskiej. Całe szczęście, że nie był to widokowy lot helikopterem…

Jak w każdą niedzielę przed południem, wybraliśmy się do pobliskiego parku. Dzieci buszują na placu zabaw, a my wśród straganów z tradycyjnymi wyrobami. Do Peoples Park, w każdą niedzielę, od lat, przyjeżdżają okoliczni rolnicy oraz artyści, a także handlarze kolonialni.

Kupiłam trochę suszonej lawendy (żeby w szafach był przyjemny zapach), swojskie sery (jestem od nich uzależniona), sałatę, różnokolorowe marchewki i ziemniaki (w ramach wspierania upraw ekologicznych), makaron i pesto (na stoisku włoskim). Torba zrobiła się ciężka. Rozejrzałam się za Pawłem, który miał kupić coś na obiad piknikowy, owoce i ciasto marchewkowe. Wokół mnie biało-czerwone koszulki i białe czapki z czerwonymi pomponami. Ciekawe co to takiego? „Mama, tu jesteśmy” Lusia przywołała mnie do rzeczywistości. „Mama, ole-ole, Polska biało-czerwoni” dodał swoje trzy grosze Tusio. „Ole-ole” wtórowała półtoraroczna Róża. „Co to może być?” rzuciłam w przestrzeń. „Gdzie jest Wally” stwierdziła Lusia. „Jaki Wally? Nie znam żadnego” odparłam. „Maamaa. Wally z książki. No ten Wally, który nosi bluzkę w paski i okulary” wyjaśniła Lusia „mnóstwo ludzi się za niego przebrało!” Bohater książek-ilustracji Martina Handforda.

Powrót z wakacji. Pierwszy tydzień szkoły. Zupełnie zapomniałam. W ubiegłym tygodniu w Dun Laoghaire, na południe od Dublina, miało miejsce coroczne święto książki, zwane tu festiwalem. Od wtorku do niedzieli odbywały się różnego rodzaju imprezy kulturalne: w miejscowym teatrze, muzeum oraz hotelu – spotkania z wybranymi pisarzami lub poetami, w urzędzie miasta, klubie żeglarskim i w parku – warsztaty pisarskie, dyskusje oraz happeningi. Lusia była przecież ze swoją klasą na spotkaniu z angielskim autorem książek dla dzieci. Tego dnia Steve Cole stał się dla niej i jej rówieśników gwiazdą. Natychmiast postanowiła przeczytać wszystkie jego książki. Ja planowałam wziąć udział w spotkaniu z Philippą Gregory, moją ulubioną angielską pisarką historyczną. Ale… no właśnie, zupełnie zapomniałam. Festiwal to okazja dla pisarzy i poetów, żeby wypromować swoje dzieła. Najnowsze książki są dostępne do nabycia tuż po prezentacjach autorów.

Festiwal jest co roku świetnie zareklamowany. Szczegółowa agenda jest ogólnie dostępna. Okazuje się jednak, że nawet arcydzieło marketingu może umknąć uwadze zabieganej miłośniczki literatury…

To wydarzenie zainspirowało mnie do założenia nowej kategorii: Pisarze i poeci irlandzcy. Już wkrótce!

Podejmując decyzję o wyjeździe do Irlandii, zastanawialiśmy się, jakie korzyści miałaby z tego, trzyletnia wtedy, Lusia. Na liście plusów znalazła się nauka angielskiego.

Po kilku dniach poznawania okolicy oraz porządkowania domu i ogródka, postanowiłam rozejrzeć się za przedszkolem. W czasie spacerów zlokalizowałam trzy. Kolejne dwa znalazłam przez internet. Był koniec czerwca. Chciałam, żeby Lusia zaczęła chodzić do przedszkola w lipcu. Początkowo na dwie godziny, żeby mogła się przyzwyczaić i stopniowo zwiększać ilość godzin. Zadzwoniłam do tych pięciu przedszkoli. Od razu z listy musiałam wykreślić trzy: w jednym nie było miejsc; w drugim było miejsce, ale tylko w godzinach 9:00 – 12:30; w trzecim było miejsce od razu na cały dzień. Przedszkole, w którym było miejsce w godzinach porannych, wydawało się idealnym rozwiazaniem dla osoby niepracujacej. Ja, natomiast, zamierzałam rozpocząć pracę pod koniec roku. Wariant dwugodzinny nie wchodził w grę w żadnym przedszkolu. Ostatecznie, Lusia zaczęła chodzić do przedszkola, które zaoferowało miejsce na kilka godzin. Po dwóch miesiącach przeniosłam ją do przedszkola, w którym było wolne miejsce na cały dzień. Wtedy zdecydowałam się podjąć pracę na pełny etat.

Irlandia lato 2006. Boom. Instytucja „przedszkole państwowe” nieznana. Instytucja „żłobek” nieznana. Przedszkole prywatne może założyć praktycznie każdy. Chętni są mile widziani. Programy rządowe oraz urząd miasta zachecają dotacjami. Przedszkoli po prostu brakuje. Najczęściej przyjmowane są dzieci w czterech grupach wiekowych: +4 miesiące (grupy 3-osobowe), +10 miesięcy (grupy 6-osobowe) ,+2 lata (grupy 8-osobowe), +3 lata (grupy 8-osobowe, określane jako Montessori). W naszej dzielnicy, miesięczny koszt za opiekę całodniową 8:00-18:00 to około 900-1000 euro; za pół dnia około 550-600 euro. W ofercie zdarzają się dodatkowo płatne zajęcia z rytmiki. Niektóre przedszkola zatrudniają kucharkę, która przygotowuje śniadania, owoce, jednodaniowy obiad oraz podwieczorek. Do innych, dzieci przynoszą posiłki z domu. Na taka rzeczywistość natrafiliśmy tuż po przyjeździe. Musieliśmy „wyskrobać” z naszego domowego budżetu pokaźną sumkę na edukację Lusi.

Irlandia lato 2012. Kryzys trwa. Od dwóch lat funkcjonuje program rządowy, dofinansowujący naukę przedszkolną. Mogą z niego korzystać dzieci, które na dzień 1 września danego roku, ukończyły 3 lata i 3 miesiace. Program pokrywa koszt pobytu dziecka w przedszkolu przez 3 godziny dziennie. Przedszkole musi spełniać określone warunki, aby wziąć udział w programie, m. in. zatrudniać nauczycieli Montessori. Obowiązuje również ustandaryzowany program. Dzięki niemu, dzieci w wieku +4 lata i 3 miesiące, które rozpoczną szkołę podstawową, będą znały wszystkie litery alfabetu i cyfry od 0 do 10. W takiej rzeczywistości znajdujemy się obecnie. Tusio od września będzie objęty programem ECCE.

Dzieci (z wyjątkiem programu ECCE) są zapisywane do przedszkoli w zależności od potrzeb rodziców, na dowolne godziny lub dni. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby nie napisać: czasy się zmieniły.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Przed naszym nowowynajętym domkiem na południu Dublina stały dwa pojemniki na śmieci. Zielony, przeznaczony na papier i plastik oraz czarny, na pozostałe odpady. Dowiedzieliśmy się, że w pobliżu znajduje się również centrum recyklingu, w którym można zostawiać szkło i aluminium. W 2006 roku, na naszym krakowskim osiedlu nie było jeszcze, popularnych dziś, kolorowych pojemników. Dlatego z ciekawością obserwowaliśmy, z jaką fascynacją Lusia zabrała się do segregowania śmieci. Ponieważ nie dosięgała do kranu nad zlewem, opakowania po jogurtach płukała w łazienkowej umywalce. Bez względu na pogodę, maszerowała przed dom, żeby przesypać do zielonego pojemnika papierowo-plastikową zawartość kuchennego kosza, jak tylko był zapełniony. W soboty, po śniadaniu wyjmowała z ogrodowej szopki pudełko ze szkłem i przeciągała je pod drzwi domu. Wyprawa do centrum recyklingu stała się prawie tak atrakcyjna, jak wyjście do wesołego miasteczka.

Największą frajdą okazało się coroczne zawożenie choinki na Killiney Hill, gdzie po Bożym Narodzeniu, organizowany jest punkt składowania, niechcianych już, sosen i świerków. Lusia z dumą zanosiła też do szkoły zużyte baterie, które uprzednio pieczołowicie zbierała przez kilka miesięcy do specjalnej puszki. Regularnie dostawaliśmy także worki na zużyte ubrania od irlandzkiej organizacji, zajmującej się segregowaniem i przetwarzaniem tekstyliów.

Zupełnie inaczej do recyklingu podszedł Tusio.

Kosz do segregacji śmieci trzyleni dziś Tusio odkrył kilka miesięcy temu. Problem polegał na tym, że wrzucał do niego wszystko, co akurat uznał za zbędne. Ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Pewnego ranka, szukając skarpetek Tusia, w akcie desperacji, zajrzałam do kosza na plastik i papier. Nie znalazłam w nim, co prawda, skarpetek, ale na dnie dostrzegłam dwie kredki. Odtąd codziennie sprawdzałam bardzo dokładnie zawartość kosza. Udało mi się odzyskać płytę DVD, książeczkę z obrazkami, czapkę i kilka klocków.

Wracamy ze spaceru.  Tusio zdejmuje buty, myje rączki, zagląda w kilka kątów, uporczywie pociera oczy. „Tusiu nie trzej oczek, bo pobrudzisz sobie okulary”. Okulary! Gdzie są okulary?! Ja: „Tusiu gdzie położyłeś okularki?” Tusio: „Gdzie Tusio ma okularki?” Ja: „Tusiu gdzie są okularki?” Tusio: „Okularki recykling.” Tym razem z nadzieją zaglądam do kosza na plastik i papier”. Niestety… Zakładamy z powrotem buciki. Wracamy do miasteczka. W każdym sklepie pytam, czy ktoś znalazł dziecięce okulary. Niestety… Do dziś się nie znalazły. W każdym razie ja ich nie znalazłam. Zostały, w Tusiowi tylko znany sposób, zutylizowane. 100% plastik.

Sen z oczu spędza mi pytanie, jak bardzo kreatywny będzie recykling w wydaniu kilkunastomiesięcznej obecnie Róży.

Niedługo po przyjeździe do Irlandii, idąc rano po drobne zakupy, zauważyłam w naszej dzielnicy wzmożony ruch. Po ulicy przechadzali się ludzie, ubrani w stylu początków XX wieku. W kawiarniach, panie w sukniach sprzed wieku i panowie w melonikach prowadzili wesołe rozmowy przy porannej kawie. Przed jedną z restauracji stała pięknie udekorowana bryczka z wąsatym woźnicą. W tle żwawy kamerzysta. Aha, wszystko jasne, pomyślałam. Pewnie nagrywane są sceny do jakiegoś filmu.

Popołudniu wybrałam się z Lusią na spacer brzegiem morza. Kiedy zbliżałyśmy się do wieży Jamesa Joyce’a, spotkałyśmy rozbawione towarzystwo pań w kapeluszach i długich sukniach. „Happy Bloomsday” usłyszałam. Zaraz, zaraz, Bloomsday… Joyce… „Ulysses”! Tak, to musi mieć związek z Bloomem, bohaterem „Ulyssessa”. Od jednej z pań dowiedziałam się, że co roku, 16 czerwca oraz w tygodniu poprzedzającym, w Dun Laoghaire, Glasthule i Sandycove, odbywa się Bloomsday Festival, nawiązujący do bohatera „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a. Kolejna okazja do dobrej zabawy.

Wiele kawiarni, restauracji i pubów wystawia na ulicę dodatkowe stoliki, przygotowuje specjalne menu śniadaniowe i obiadowe. Właściciele okolicznych sklepików dekorują okna wystawowe tak, aby oddać klimat lat 20-tych ubiegłego wieku. W księgarniach promowane są dzieła Joyce’a. W wielu miejscach odbywa się czytanie fragmentów „Ulyssesa” lub można usłyszeć odtwarzaną z gramofonu muzykę z tamtych lat. Warto też sprawdzić repertuar pobliskiego Pavilion Theatre.

W tym roku postanowiliśmy w pełni poczuć klimat tego dnia. Przetrząsnęłam szafę i skompletowałam strój, którego nie powstydziłaby się sto lat temu mieszkanka Dublina: biała letnia sukienka do kostek, ozdobiona falbaną, kremowy płaszczyk do kolan z rękawami wykończonymi falbaną, na to kremowy koronkowy szal i oczywiście obowiązkowy kapelusz. Cała rodzina wyglądała imponująco! Miejscowi paparazzi, czyli starsze panie w kapeluszach i koronkowych rękawiczkach, zaskakiwały nas błyskiem aparatów fotograficznych. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w kawiarni 64, a obiad zjedliśmy w słynącej z wyśmienicie przyrządzanych dań rybnych, restauracji Cavistons. Atmosferę dnia podkreślały piosenki, śpiewane przez świetnie przygotowany chór męski.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeczytać od początku do końca tę niemal 1000-stronicową książkę!

Historia zdarzyła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy dwunastomiesięczny Tusio nauczył się chodzić. Jego ulubionym zajęciem stało się nanoszenie poprawek w zadaniach domowych Lusi i przestawianie zabawek w jej pokoju. To może jeszcze byłaby w stanie mu wybaczyć, ale pewnego dnia Tusio zauważył, że Lusia ma długie włosy. Pociąganie za warkocz stało się jego codziennym ulubionym rytuałem. Lusia coraz częściej komentowała różne wydarzenia, dodając: „ona to ma szczęście, ma starszą siostrę”, „myślałam, że on od razu będzie taki duży i fajny jak ja”.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce

Dotąd dzieliliśmy się z Pawłem opowiadaniem bajek na dobranoc. Kto akurat miał wolną chwilę przejmował wieczorne „usypianki”. Akcja moich bajek toczyła się zazwyczaj w zaczarowanej krainie koników, kotków, motylków, itp. Były skutecznie usypiające. Rzadko kiedy miałam okazję opowiedzieć zakończenie. Bajki Pawła były zabawne, Lusia często chichotała i namawiała go, żeby opowiedział następną. W związku z narastającym napięciem na linii Lusia-Tusio, wymyśliłam nową serię bajek. Były to historyjki o ślicznym kucyku, który bardzo lubił bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, wybaczał im wszelkie psoty i był bardzo pomocny dla swojej mamy. Po kilku dniach Lusia jasno wyraziła swoje zdanie: „Mama, znowu ta pouczająca bajka. Niech tata opowie mi super głupią bajkę o Misiu Fisiu Fiu Bździu. Please”. Wzięłam głębi wdech, później wydech. Pomyślałam „co za niewdzięczne dziecko, ale trzeba uwzględnić to please”. Powiedziałam „dobrze kochanie”. Przycupnęłam za drzwiami. Tak głupiej bajki jeszcze w życiu nie słyszałam, też coś. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że trzymam się za brzuch ze śmiechu.

Sobotni spacer

Tata, zobacz jakie fajne skały. Tam jest foka, prawda tata? Mama, czy mogłabyś pchać wózek z bobasami, bo chcę coś pokazać tacie. Pewnie, bobasy przynajmniej mnie docenią! Ale bobasy powoli przestają być bobasami. Lusia znajduje ptasie gniazdo w krzakach, tata musi je zobaczyć i znikają z pola widzenia. Z wózka odzywa się trzyletni Tusio „mama, gdzie tata?”

Jazda na rowerze

Pięcioletnia wtedy Lusia wraca ze szkoły z wiadomością, że wszyscy koledzy jeżdżą na rowerach, na dwóch kółkach. Jest piątek. Od poniedziałku biegam za nią, podtrzymując rower. Bez rezultatu. Sobota, Lusia z Pawłem ćwiczy utrzymywanie równowagi na rowerze. Po godzinie wracają uśmiechnięci od ucha do ucha. „Mama, podejdź do okna i patrz”. Lusia daje popis swoich umiejętności.

W szkole

Zaglądam do Lusi zeszytu z angielskiego. Opis długiego weekendu: „Piątek – jeździłam na rowerze, a tata biegał, sobota – tata biegał, a ja jeździłam na rowerze, niedziela – byłam z tatą na placu zabaw, poniedziałek – jeździłam z tatą na rolkach”. Pod spodem dopisek wychowawcy „fajny tata”. Zagaduję Lusię: „Bardzo ładnie napisałaś. Ale byłaś też ze mną w National Gallery i na koniach”. Lusia: „oops, zapomniałam.”

Punkt widzenia

Postanawiam spojrzeć na całość z innej strony. Skoro tata wie i robi wszystko najlepiej, to świetnie. Odtąd tata biega za dziećmi, które uczą się chodzić, jeździć na hulajnodze, zjeżdżać ze zjeżdżalni. W ostatnią sobotę na przykład wraca zmęczony po wyprawie na pobliskie wzgórze. „Popularność jest jednak wyczerpująca” oznajmia. „Zdrzemnij się godzinkę” proponuję. Bawię się z dziećmi w ogródku. Lusia robi notatki w swoim pamiętniku. Po kilku minutach przez otwarte okno sypialni dobiega jej donośny głos: „Tata, jak nazywa się ten piłkarz, co strzelił gola dla Polski w piątek?” Paweł zaspanym głosem przypomina, że miała mnie o wszystko pytać, kiedy on śpi. „Tak, ale mama nie zna się na futbolu, prawda tata?”

Grunt to pozytywne myślenie i dobra organizacja, prawda tata?

Drugi dzień w Dublinie, niedziela. Pogoda wymarzona na spacer. Wychodzimy z domu, zamykam drzwi. Sięgam do torebki po klucz. Klucz został w domu w innej torebce. Sięgam do klamki, żeby się wrócić, ale zamiast klamki jest okrągły uchwyt. Przypominam sobie, że od wewnątrz jest zamek zatrzaskowy. W momencie zamknięcia drzwi, zamek zatrzaskuje się i można go odblokować z zewnątrz tylko kluczem. Paweł bawi się z Lusią przed domem w berka. On też nie wziął ze sobą klucza. Szybka ocena sytuacji. Właściciel przekazał nam dwie pary kluczy, czyli wszystkie. Możemy poszukać ślusarza, ale jest niedziela. W sypialni na piętrze zostawiliśmy otwarte okno. Gdybyśmy mieli drabinę… Pukamy do domu naprzeciwko. Otwiera uśmiechnięta Irlandka, około 60-letnia. Przedstawiamy się i opowiadamy, co się stało. Jej mąż przynosi drabinę. Wchodzę do naszej sypialni na piętrze. Jesteśmy uratowani! Po chwili oblega nas gromadka dzieci. Zadają mnóstwo pytań, np.: czy kupiliśmy ten dom, gdzie pracujemy, skąd jesteśmy. No cóż, wchodząc do domu przez okno na piętrze, stałam się widoczna dla wszystkich mieszkańców osiedla. Dzieci przybiegły z gotowymi zestawami pytań. Od tego dnia przestajemy być anonimowi.

Dwa lata później, lipiec. Lusia spędza wakacje u babci w Polsce. Paweł w delegacji. Wychodzę rano do pracy, zamykam drzwi… Jest ósma rano. Sąsiad z naprzeciwka ma jeszcze zasłonięte rolety. Dzwonię do Pawła, żeby opowiedzieć, co mi się przytrafiło. W odpowiedzi słyszę „Kochanie, wszystko przewidziałem, dorobiłem klucz i zakopałem go w doniczce z drzewkiem ozdobnym.” Odbiera mi mowę. Znajduję klucz. Jest misternie zawinięty w foliowy woreczek, żeby się nie pobrudził ziemią. Ciekawe od jak dawna tu na mnie czeka!?

Od tamtej pory, bardzo uważam. Zanim wyjdę z domu, dwa razy sprawdzam, czy mam w torebce klucz. Ale miesiąc temu bardzo się spieszyłam, żeby odebrać Lusię ze szkoły. Dwa razy sprawdziłam, czy w torebce jest klucz i w momencie zatrzaskiwania się drzwi, zdałam sobie sprawę z tego, że torebka została w korytarzu. W torebce został telefon i portmonetka. Przed szkołą poprosiłam irlandzką koleżankę o użyczenie telefonu. Zadzwoniłam do Pawła. Tym razem nie zakopał zapasowego klucza przed domem. Ale na szczęście nie był też w delegacji. Godzinę później otworzył dom.

Problem klucza mamy już z głowy. Przecież „do trzech razy sztuka”.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 33 obserwujących.

Czerwiec 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Blog Stats

  • 37,214 hits
%d blogerów lubi to: