You are currently browsing the tag archive for the ‘dzieci’ tag.

W tym roku zajrzałam do programu festiwalu dosłownie w ostatniej chwili. Nie było już miejsc na spotkanie z pisarzem z mojej top listy Columem McCannem (n.p.: „Niech zawiruje świat”). Bilety na niedzielne pikniki dla dzieci 2-6 lat też były już wyprzedane. Udało mi się, natomiast, pójść z Lusią na sesję z brytyjską pisarką Cathy Cassidy do Pavilion Theatre. Z Cathy rozmawiała Sarah Webb, irlandzka autorka książek dla nastolatek i kobiet:-) Obie panie mają podobną grupę czytelników (lub raczej czytelniczek) i sprawiały wrażenie, że świetnie się rozumieją.

Lusia była tak bardzo zadowolona ze spotkania, że nie dość, iż namówiła mnie na zakup ostatniej powieści Cathy Cassidy p.t.: „Coco Caramel”, to jeszcze stanęła w kolejce po autograf. „Mamo, to nie potrwa dłużej jak godzinkę” zapewniła mnie i z entuzjazmem pogrążyła się w nowozakupionej lekturze. Przymknęłam oczy. Szczęśliwi czasu nie mierzą…

Reklamy

Trafiliśmy tu przypadkowo. Ten weekend zaplanowaliśmy spędzić leniwie w hrabstwie Clare. Kilka dni temu wpadł mi jednak w ręce folder, informujący o festiwalu pisarskim w Listowel w hrabstwie Kerry. Akurat wtedy, kiedy będziemy na sąsiednim półwyspie! Aby z Loop Head dojechać do Listowel, skorzystaliśmy z promu, płynącego z Killimer do Tarbet.

Tydzień Pisarzy w Listowel jest obchodzony od 42 lat. W tym roku rozpoczął się w miniony czwartek. My wzięliśmy udział w sobotnich atrakcjach. Na początek Wyprawa W Poszukiwaniu Literackiego Skarbu. Dzieci otrzymały zaszyfrowaną listę 11 miejsc w miasteczku. W każdym miejscu, na oknie był przyklejony  rysunek błazna z jakąś literą.  Zadaniem dzieci było zebranie 11 liter i ułożenie ich w słowo. Ukryte hasło „immagination”. Nagrodami były paczuszki owocowo-czekoladowe.

Następnie zostawiliśmy Lusię na warsztatach literackich, prowadzonych przez producentkę filmową, Lisę Fingleton, których celem było przygotowanie projektu własnej książki. W tym czasie my udaliśmy się z Tusiem i Różą na Piknik Pluszakowy, na którym pisarka, Roisin Meaney, czytała dzieciom bajki.

Przerwa na podwieczorek w jednej z kawiarenek. Spacer brzegiem rzeki Feane. Ponownie się rozdzielamy.

Paweł wybrał się z dziećmi na projekcję filmów o kosmosie. Ja dołączyłam do spotkania z Mariną Chapman, autorką książki autobiograficznej p. t.: „The Girl with No Name” (z dżungli do Wielkiej Brytanii).

Powrót promem na „nasz” półwysep. Malownicza droga przez pola i łąki hrabstwa Clare. Dzieci zachwycone: owieczki, krówki, koniki, traktory, przyczepy… Kolacja w dawnym domu latarnika. W Dniu Dziecka dzieci dostają swój ulubiony prezent, nazywany przez nas „dniem dziecka”: wskakują do łóżek bez kąpania się:-)

Dziś Lusia wystąpiła po raz pierwszy przed publicznością, biorąc udział w konkursie muzycznym. Jest to coroczny konkurs, organizowany przez szkołę muzyczną, funkcjonującą przy prywatnej podstawowej i średniej szkole żeńskiej – Rathdown. Konkurs jest znany pod nazwą Rathdown Music School Festival 2013. Wczoraj swój talent ujawniły dzieci śpiewające, a dziś, grające na instrumentach. Lusia zagrała utwór w kategorii „pianino solo”. Rozpoczęła naukę gry na fortepianie siedem miesięcy temu i jesteśmy z niej bardzo dumni, że zdecydowała się wziąć udział w tym konkursie!

Byłam niezbyt wnikliwym dzieckiem, a może po prostu czasy się zmieniły…

Święty Mikołaj przychodził zawsze do domu Babci, gdzie gromadziła się na Wigilii znaczna część rodziny. Niepostrzeżenie kładł prezenty pod choinką. Nigdy nie zastanawiałam się, jak wyglądał, ani jak udało mu się tego dokonać. Nie było mowy o reniferach, elfach oraz logistyce. Wiedziałam, że Mikołaj został świętym i jednocześnie mieszkał w Laponii. I naprawdę nigdy nie zadałam sobie pytania, jak to jest możliwe. Było dla mnie oczywiste, że białobrody pan, w czerwonej czapce i płaszczu, z którym można było zrobić zdjęcie podczas zabawy Mikołajkowej w zakładach pracy rodziców, to przebieraniec. Tego też nie potrafię wytłumaczyć. Święty Mikołaj istniał, ale był nieuchwytny. Przynosił prezenty, ale nie spacerował ulicami miast.

Tymczasem, nastąpiło wiele zmian, które zupełnie umknęły mojej uwadze. Dopiero pytania Lusi uświadomiły mi, że sprawa jest poważna. Przede wszystkim wyjechaliśmy do Irlandii. Tam Święty Mikołaj wrzuca prezenty przez komin, wczesnym rankim 25 grudnia. Do naszego domu dotarł jednak 24 grudnia po kolacji wigilijnej i położył wszystkie paczki pod choinką. Lusia, po rozmowach z koleżankami, patrzyła na nas pytającym wzrokiem. Poza tym, nad naszym kominkiem zabrakło zawieszonych skarpet, w których irlandzkie dzieci znalazły rankiem, 25 grudnia mandarynki i słodycze. W naszym domu dostawa niespodziankowych słodyczy miała miejsce 6 grudnia, do kapci. Dodatkowo, Lusia przysłuchała się mojej rozmowie z koleżankami Włoszką i Hiszpanką. We Włoszech 13 grudnia to Święta Lucia podrzuca słodycze grzecznym dzieciom, a węgiel urwisom. Hiszpanie dostają prezenty dopiero 6 stycznia, w dniu Trzech Króli. A później był jeszcze wierszyk p.t.: „Dwanaście Dni Bożego Narodzenia”, z którego wynikało, że w Wielkiej Brytanii, bliscy obdarowują się upominkami przez 12 dni, począwszy od 25 grudnia. A to by Lusi najbardziej odpowiadało, tylko gdzie podział się Święty Mikołaj?

Postanowiliśmy rozwiać wszelkie wątpliwości, odwiedzając Świętego Mikołaja, w jego irlandzkiej rezydencji w Santa’s Island. Aby otrzymać zaproszenie na spotkanie z ulubieńcem dzieci, postąpiliśmy zgodnie z instrukcją, znalezioną w internecie: zadzwoniliśmy pod wskazany numer i wysłaliśmy swoje dane i czek do elfów. Po kilku dniach otrzymaliśmy potwierdzenie daty i godziny grupowego spotkania w wiosce Inishowen, w hrabstwie Donegal. 23 grudnia. Wobec tego, zdecydowaliśmy, że całe Święta spędzimy w Donegal. Wykupiliśmy kilkudniowy pakiet ze świątecznym obiadem i kolacją w jednym z tamtejszych hoteli. To był strzał w „10”. Droga do siedziby Świętego Mikołaja prowadziła przez szczere pola. Drogowskazem było wyraźnie odbijające się na niebie światło laserowe.

Samo spotkanie z Mikołajem było dosyć zabawne. Na początek elfy przypomniały historię Bożego Narodzenia. Następnie, Mikołaj utknął w kominie, przez który próbował dostać się na salę. Na szczęście pomoc elfów okazała się skuteczna. Mikołaj, odetchnąwszy z ulgą, zaczął prosić na scenę dzieci, wyczytując ich imiona i nazwiska. Każde dziecko otrzymało, odpowiedni do wieku, prezent (na karcie zgłoszeniowej należało podać dane, wraz z wiekiem dziecka). Niektórym rodzicom Mikołaj zadawał kłopotliwe pytania. Kiedy usłyszeliśmy nasz własny adres i oskarżenie, że w ubiegłym roku nie wyczyściliśmy należycie kominka, Lusia spojrzała na nas z wyrzutem. A my musieliśmy głośno i wyraźnie obiecać poprawę. Odtąd, każdego 24 grudnia Lusia przypomina nam o wypucowaniu kominka, aby Mikołaj, podrzucając prezenty nie pobrudził sobie płaszcza oraz prezentów właśnie:-)

W tym roku, po pięciu latach świętowania w Irlandii, przylecieliśmy do Polski. Czekamy na Świętego Mikołaja 24 grudnia wieczorem, ale przywieźliśmy ze sobą wielkie „kominkowe” skarpety. Co prawda znaleźliśmy słodycze w kapciach 6 grudnia, ale spróbować nie zaszkodzi…

Życzę wszystkim czytelnikom bloga „irlandzkie zapiski” Radosnych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku. Jednocześnie bardzo dziękuję za wszystkie komentarze oraz maile. Każda wiadomość kształtuje mój dzień.

Jedną z rzeczy na liście „ważne i pilne” do zrobienia po przeprowadzce do Irlandii, było znalezienie przedszkola. Ale zupełnie nie myśleliśmy o szkole. Lusia miała wtedy trzy lata. Dlatego ze zdziwieniem reagowaliśmy na pytanie nowopoznanych Irlandczyków, czy zapisaliśmy dziecko do szkoły. Myśleliśmy, że podobnie jak w Polsce, w Irlandii dzieci będą przypisane do konkretnej szkoły, na podstawie adresu zamieszkania.

Dla Lusi zaoferowano miejsce w szkole publicznej, bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. Mieliśmy wyjątkowe szczęście. Okazało się, że szkoła cieszy się doskonałą opinią. Były dwa wolne miejsca. Gdybyśmy wtedy spóźnili się ze złożeniem prośby o przyjęcie, dostalibyśmy informację, która najbliższa szkoła publiczna nie ma jeszcze kompletu uczniów. I mogłoby się okazać, że najbliższa jest oddalona o kilkanaście kilometrów. Mielibyśmy jeszcze inną możliwość – szkoły prywatne. W Irlandii jest to częsty wybór rodziców. Szkoły prywatne mają zazwyczaj kilkudziesięcioletnią tradycję. Mieszczą się w zmodernizowanych budynkach zamkowych, imponują pięknymi terenami parkowymi i zadbanymi boiskami do wszelkiego rodzaju sportów. Często posiadają własną pływalnię i stołówkę. Miesięczny koszt waha się od 300 do 1500 euro. W ramach tej ceny, dzieci uczęszczają na popołudniowe zajęcia dodatkowe, które można porównać do świetnie zorganizowanych kółek zainteresowań. W szkole publicznej, natomiast, zajęcia dodatkowe (balet, taniec irlandzki, gra na instrumencie, kółko teatralne, sporty zespołowe, języki obce…) są opcjonalne i płatne. Ale sama szkoła jest darmowa. Rok szkolny trwa od 1 września do 30 czerwca.

Aby zapisać dziecko do szkoły podstawowej, należy przedstawić oryginał aktu urodzenia wraz z tłumaczeniem przysięgłym. A jeśli jest to szkoła publiczna, dodatkowo również świadectwo chrztu (nie proszono nas o tłumaczenie). Szkoły publiczne w Irlandii są z reguły katolickie i ściśle związane z konkretną parafią. Szkoły nie przeprowadzają żadnych egzaminów dla cudzoziemców, które sprawdzałyby poziom znajomości języka angielskiego lub wiedzy ogólnej. Kryterium zaklasyfikowania do konkretnego rocznika jest data urodzenia dziecka.

Dla mnie największym zaskoczeniem w tutejszym systemie edukacyjnym był wiek dziecka, rozpoczynającego życie szkolne. Dwa początkowe lata szkoły podstawowej są odpowiednikiem polskiej „zerówki” (Junior Infants i Senior Infants). Następnie, dzieci uczą się w klasach 1 – 6. Do młodszej zerówki przyjmowane są dzieci, które na dzień 1 czerwca ukończyły 4 lata (w niektórych szkołach będzie to dzień 1 lipca lub nawet 1 września). Rodzice mogą jednak zadecydować o rocznym opóźnieniu w posłaniu dziecka do szkoły, jeśli według ich subiektywnej oceny, dziecko powinno poczekać. Lusia rozpoczęłą naukę w młodszej zerówce, mając +4 lata. Wychowawczyni poinformowała nas pod koniec października, że nasza córka pokonała barierę komunikowania się po angielsku. W wieku 5,5 roku zajęła drugie miejsce w międzyszkolnym konkursie recytatorskim. Obecnie mówi z wyraźnym miejscowym akcentem.

Począwszy od młodszej zerówki (Junior Infants) każdą klasą opiekuje się jeden nauczyciel, który jest co roku wymieniany. Nauczyciele szkół podstawowych posiadają kwalifikacje do nauczania wszystkich przedmiotów w każdej klasie. Czyli przykładowo, jednego roku ten sam nauczyciel może mieć powierzoną klasę starszą zerówkę, a kolejnego roku – klasę piątą.

Wyróżnikiem każdej szkoły, publicznej lub prywatnej, są mundurki. Należy je zakupić w specjalnym sklepie. Różnią się kolorami oraz krojem. W sklepach z obuwiem dla dzieci jest duży wybór czarnych pantofelków, półbutów oraz kozaków. Czarne obuwie jest elementem szkolnego mundurka. Często regulamin szkolny informuje również o kolorze rajstop lub podkolanówek.

Wybór szkoły dla dziecka jest niezmiernie ważny w kulturze irlandzkiej. Edukacja ma ogromne znaczenie. W Dublinie, dzieci zapisywane są do wybranej szkoły często tuż po narodzinach. A w wielu przypadkach, do kilku szkół jednocześnie. Jeśli rodzice preferują określone placówki. Z reguły dzieci przyjmowane są na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Uprzywilejowane w kolejce są dzieci pracowników, absolwentów oraz te, których rodzeństwo aktualnie uczęszcza do tej konkretnej szkoły.

Jedna z moich irlandzkich koleżanek opowiedziała zabawną historię o tym , jak jej mąż zapisał ich syna do szkoły. Zdarzyło się to, kiedy moja koleżanka odpoczywała w szpitalu po porodzie. Jej mąż wrócił do domu, wydrukował aplikacje i rozesłał do kilku szkół. Po jakimś czasie, otrzymali odpowiedź odmowną z jednej ze szkół, z wyjaśnieniem, że jest to placówka żeńska. W treści listu zamieszczone było zdanie „podziwiamy pański zapał”.

Mam bardzo dobre zdanie o irlandzkich szkołach podstawowych, ale moje obserwacje są oczywiście zalimitowane do jednej placówki.

Podejmując decyzję o wyjeździe do Irlandii, zastanawialiśmy się, jakie korzyści miałaby z tego, trzyletnia wtedy, Lusia. Na liście plusów znalazła się nauka angielskiego.

Po kilku dniach poznawania okolicy oraz porządkowania domu i ogródka, postanowiłam rozejrzeć się za przedszkolem. W czasie spacerów zlokalizowałam trzy. Kolejne dwa znalazłam przez internet. Był koniec czerwca. Chciałam, żeby Lusia zaczęła chodzić do przedszkola w lipcu. Początkowo na dwie godziny, żeby mogła się przyzwyczaić i stopniowo zwiększać ilość godzin. Zadzwoniłam do tych pięciu przedszkoli. Od razu z listy musiałam wykreślić trzy: w jednym nie było miejsc; w drugim było miejsce, ale tylko w godzinach 9:00 – 12:30; w trzecim było miejsce od razu na cały dzień. Przedszkole, w którym było miejsce w godzinach porannych, wydawało się idealnym rozwiazaniem dla osoby niepracujacej. Ja, natomiast, zamierzałam rozpocząć pracę pod koniec roku. Wariant dwugodzinny nie wchodził w grę w żadnym przedszkolu. Ostatecznie, Lusia zaczęła chodzić do przedszkola, które zaoferowało miejsce na kilka godzin. Po dwóch miesiącach przeniosłam ją do przedszkola, w którym było wolne miejsce na cały dzień. Wtedy zdecydowałam się podjąć pracę na pełny etat.

Irlandia lato 2006. Boom. Instytucja „przedszkole państwowe” nieznana. Instytucja „żłobek” nieznana. Przedszkole prywatne może założyć praktycznie każdy. Chętni są mile widziani. Programy rządowe oraz urząd miasta zachecają dotacjami. Przedszkoli po prostu brakuje. Najczęściej przyjmowane są dzieci w czterech grupach wiekowych: +4 miesiące (grupy 3-osobowe), +10 miesięcy (grupy 6-osobowe) ,+2 lata (grupy 8-osobowe), +3 lata (grupy 8-osobowe, określane jako Montessori). W naszej dzielnicy, miesięczny koszt za opiekę całodniową 8:00-18:00 to około 900-1000 euro; za pół dnia około 550-600 euro. W ofercie zdarzają się dodatkowo płatne zajęcia z rytmiki. Niektóre przedszkola zatrudniają kucharkę, która przygotowuje śniadania, owoce, jednodaniowy obiad oraz podwieczorek. Do innych, dzieci przynoszą posiłki z domu. Na taka rzeczywistość natrafiliśmy tuż po przyjeździe. Musieliśmy „wyskrobać” z naszego domowego budżetu pokaźną sumkę na edukację Lusi.

Irlandia lato 2012. Kryzys trwa. Od dwóch lat funkcjonuje program rządowy, dofinansowujący naukę przedszkolną. Mogą z niego korzystać dzieci, które na dzień 1 września danego roku, ukończyły 3 lata i 3 miesiace. Program pokrywa koszt pobytu dziecka w przedszkolu przez 3 godziny dziennie. Przedszkole musi spełniać określone warunki, aby wziąć udział w programie, m. in. zatrudniać nauczycieli Montessori. Obowiązuje również ustandaryzowany program. Dzięki niemu, dzieci w wieku +4 lata i 3 miesiące, które rozpoczną szkołę podstawową, będą znały wszystkie litery alfabetu i cyfry od 0 do 10. W takiej rzeczywistości znajdujemy się obecnie. Tusio od września będzie objęty programem ECCE.

Dzieci (z wyjątkiem programu ECCE) są zapisywane do przedszkoli w zależności od potrzeb rodziców, na dowolne godziny lub dni. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby nie napisać: czasy się zmieniły.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Historia zdarzyła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy dwunastomiesięczny Tusio nauczył się chodzić. Jego ulubionym zajęciem stało się nanoszenie poprawek w zadaniach domowych Lusi i przestawianie zabawek w jej pokoju. To może jeszcze byłaby w stanie mu wybaczyć, ale pewnego dnia Tusio zauważył, że Lusia ma długie włosy. Pociąganie za warkocz stało się jego codziennym ulubionym rytuałem. Lusia coraz częściej komentowała różne wydarzenia, dodając: „ona to ma szczęście, ma starszą siostrę”, „myślałam, że on od razu będzie taki duży i fajny jak ja”.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce

Dotąd dzieliliśmy się z Pawłem opowiadaniem bajek na dobranoc. Kto akurat miał wolną chwilę przejmował wieczorne „usypianki”. Akcja moich bajek toczyła się zazwyczaj w zaczarowanej krainie koników, kotków, motylków, itp. Były skutecznie usypiające. Rzadko kiedy miałam okazję opowiedzieć zakończenie. Bajki Pawła były zabawne, Lusia często chichotała i namawiała go, żeby opowiedział następną. W związku z narastającym napięciem na linii Lusia-Tusio, wymyśliłam nową serię bajek. Były to historyjki o ślicznym kucyku, który bardzo lubił bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, wybaczał im wszelkie psoty i był bardzo pomocny dla swojej mamy. Po kilku dniach Lusia jasno wyraziła swoje zdanie: „Mama, znowu ta pouczająca bajka. Niech tata opowie mi super głupią bajkę o Misiu Fisiu Fiu Bździu. Please”. Wzięłam głębi wdech, później wydech. Pomyślałam „co za niewdzięczne dziecko, ale trzeba uwzględnić to please”. Powiedziałam „dobrze kochanie”. Przycupnęłam za drzwiami. Tak głupiej bajki jeszcze w życiu nie słyszałam, też coś. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że trzymam się za brzuch ze śmiechu.

Sobotni spacer

Tata, zobacz jakie fajne skały. Tam jest foka, prawda tata? Mama, czy mogłabyś pchać wózek z bobasami, bo chcę coś pokazać tacie. Pewnie, bobasy przynajmniej mnie docenią! Ale bobasy powoli przestają być bobasami. Lusia znajduje ptasie gniazdo w krzakach, tata musi je zobaczyć i znikają z pola widzenia. Z wózka odzywa się trzyletni Tusio „mama, gdzie tata?”

Jazda na rowerze

Pięcioletnia wtedy Lusia wraca ze szkoły z wiadomością, że wszyscy koledzy jeżdżą na rowerach, na dwóch kółkach. Jest piątek. Od poniedziałku biegam za nią, podtrzymując rower. Bez rezultatu. Sobota, Lusia z Pawłem ćwiczy utrzymywanie równowagi na rowerze. Po godzinie wracają uśmiechnięci od ucha do ucha. „Mama, podejdź do okna i patrz”. Lusia daje popis swoich umiejętności.

W szkole

Zaglądam do Lusi zeszytu z angielskiego. Opis długiego weekendu: „Piątek – jeździłam na rowerze, a tata biegał, sobota – tata biegał, a ja jeździłam na rowerze, niedziela – byłam z tatą na placu zabaw, poniedziałek – jeździłam z tatą na rolkach”. Pod spodem dopisek wychowawcy „fajny tata”. Zagaduję Lusię: „Bardzo ładnie napisałaś. Ale byłaś też ze mną w National Gallery i na koniach”. Lusia: „oops, zapomniałam.”

Punkt widzenia

Postanawiam spojrzeć na całość z innej strony. Skoro tata wie i robi wszystko najlepiej, to świetnie. Odtąd tata biega za dziećmi, które uczą się chodzić, jeździć na hulajnodze, zjeżdżać ze zjeżdżalni. W ostatnią sobotę na przykład wraca zmęczony po wyprawie na pobliskie wzgórze. „Popularność jest jednak wyczerpująca” oznajmia. „Zdrzemnij się godzinkę” proponuję. Bawię się z dziećmi w ogródku. Lusia robi notatki w swoim pamiętniku. Po kilku minutach przez otwarte okno sypialni dobiega jej donośny głos: „Tata, jak nazywa się ten piłkarz, co strzelił gola dla Polski w piątek?” Paweł zaspanym głosem przypomina, że miała mnie o wszystko pytać, kiedy on śpi. „Tak, ale mama nie zna się na futbolu, prawda tata?”

Grunt to pozytywne myślenie i dobra organizacja, prawda tata?

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Październik 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Blog Stats

  • 38,423 hits
%d blogerów lubi to: