You are currently browsing the tag archive for the ‘emigracja’ tag.

Gdzieś mi uciekły wolne poranki. Dzieci w szkole, przedszkolu. Tylko usiąść i pisać… Na przykład środy. Kątem oka zerknęłam na kartkę na tablicy ogłoszeń nieopodal. Hokej na trawie dla kobiet, poziom bez znaczenia, trawa w szkole na wprost mojego domu. Nie mogłam sobie odmówić…

Zaczęłam od upewnienia się, że poziom zerowy też jest akceptowalny. Po czym udałam się do sklepu po niezbędny sprzęt: drewniany kij, osłonę na szczękę, ochraniacze na łydki.

Hokej na trawie jest w Irlandii głównym sportem żeńskim, często obowiązkowym w szkołach średnich. Na pierwszym spotkaniu było jasne, że jedyną osobą, która nigdy wcześniej nie miała w ręku kija hokejowego, byłam ja… Ale, wierząc, że nauka czyni mistrza, postanowiłam kontynuować. Co prawda w ciągu trzech miesięcy nie udało mi się strzelić gola, ale wiele razy (no może kilka…) obroniłam naszą bramkę. Zorientowałam się, że chętniej gram na pozycji środkowej lub obrony, a niepewnie czuję się w ataku. Pewnie ma to związek z moim łagodnym charakterem:-)

Od czasu do czasu, po godzinie radosnej gonitwy za piłką, idziemy na zasłużoną filiżankę kawy. I nie wiadomo kiedy wybija południe i muszę biec po Tusia i Różę do przedszkola…

W tym roku, w każdy piątek (pomijając nieliczne wyjątki), kiedy dzieci zasnęły, znikaliśmy z Pawłem w domowym kinie. Początkowo kupowaliśmy filmy, później korzystaliśmy z wypożyczalni, a ostatnio z Netflixa.

Najtrudniejszy jest wybór filmu: thriller (Paweł) czy komedia romantyczna (ja):-)

Spośród filmów, które obejrzeliśmy, najbardziej podobał mi się „Once”. Z wielu powodów: akcja toczy się w Dublinie, aktorzy wyglądają bardzo naturalnie i są utalentowani, pojawia się wątek emigracyjny, a przede wszystkim muzyka, muzyka, muzyka… Odtwórcami głównych ról są Marketa Irglova i Glen Hansard.

To jest link do spotify, gdzie można posłuchać piosenek z „Once”: https://play.spotify.com/album/2hUO9PPUAFBWixrhQDnnvm

Moje ulubione to „Falling slowly”oraz „If you want me…”

Trafiliśmy tu przypadkowo. Ten weekend zaplanowaliśmy spędzić leniwie w hrabstwie Clare. Kilka dni temu wpadł mi jednak w ręce folder, informujący o festiwalu pisarskim w Listowel w hrabstwie Kerry. Akurat wtedy, kiedy będziemy na sąsiednim półwyspie! Aby z Loop Head dojechać do Listowel, skorzystaliśmy z promu, płynącego z Killimer do Tarbet.

Tydzień Pisarzy w Listowel jest obchodzony od 42 lat. W tym roku rozpoczął się w miniony czwartek. My wzięliśmy udział w sobotnich atrakcjach. Na początek Wyprawa W Poszukiwaniu Literackiego Skarbu. Dzieci otrzymały zaszyfrowaną listę 11 miejsc w miasteczku. W każdym miejscu, na oknie był przyklejony  rysunek błazna z jakąś literą.  Zadaniem dzieci było zebranie 11 liter i ułożenie ich w słowo. Ukryte hasło „immagination”. Nagrodami były paczuszki owocowo-czekoladowe.

Następnie zostawiliśmy Lusię na warsztatach literackich, prowadzonych przez producentkę filmową, Lisę Fingleton, których celem było przygotowanie projektu własnej książki. W tym czasie my udaliśmy się z Tusiem i Różą na Piknik Pluszakowy, na którym pisarka, Roisin Meaney, czytała dzieciom bajki.

Przerwa na podwieczorek w jednej z kawiarenek. Spacer brzegiem rzeki Feane. Ponownie się rozdzielamy.

Paweł wybrał się z dziećmi na projekcję filmów o kosmosie. Ja dołączyłam do spotkania z Mariną Chapman, autorką książki autobiograficznej p. t.: „The Girl with No Name” (z dżungli do Wielkiej Brytanii).

Powrót promem na „nasz” półwysep. Malownicza droga przez pola i łąki hrabstwa Clare. Dzieci zachwycone: owieczki, krówki, koniki, traktory, przyczepy… Kolacja w dawnym domu latarnika. W Dniu Dziecka dzieci dostają swój ulubiony prezent, nazywany przez nas „dniem dziecka”: wskakują do łóżek bez kąpania się:-)

„Proszę Pani… ona mnie uszczypnęła; one się śmieją z naszych kostiumów; kok mi się rozpadł; nie mogę znaleźć mojej torby; czy może Pani zaprowadzić mnie do toalety; opaska uciska mnie w głowę…” Asystentka reżyserki pojawia się w drzwiach. Pospiesznie wyczytuje imiona, mających za chwilę wbiec na scenę Diamentów (cztero-, pięciolatki). I oto jeden mały Diament nie zostaje wywołany. Chwila paniki. Nie ma jej na liście. „Na pewno jesteś w grupie Diamentów?” – „Uhm” – „Przypominasz sobie, że z tymi dziewczynkami ćwiczyłaś?” – „Uhm”. Asystentka musi już zabrać Diamenty na scenę. Młodsza grupa (trzy-, czterolatki) to Aniołki. Nasz zagubiony Diament jest o głowę niższy od pozostałych. Nie mamy już wątpliwości, że to Aniołek. Na szczęście chętnie się przebiera w aniołkową sukienkę. Zdążyłyśmy!

To tylko kilkuminutowy wycinek z wczorajszego wieczoru, kiedy poznawałam życie za kulisami teatru. A było to tak…

W miniony piątkowy wieczór, wraz z Pawłem udałam się do pobliskiego Pavilion Theatre na balet p.t.: „Sylvia” Léo Delibes. Z Lusią w roli jednej z Przyjaciółek Sylvii. Balet składał się z trzech aktów, w scenerii leśnej polany, jaskini, świątyni bogini Diany. Baletowa część przedstawienia była poprzedzona pokazem umiejętności jazzowych tancerzy, podzielonych na grupy wiekowe. Grupa Lusi zaprezentowała piękny, dynamiczny taniec do piosenki p.t.: „Think” Arlety Franklin.

To było już drugie przedstawienie z udziałem Lusi. Dwa lata temu wcieliła się w rolę kwiatowego elfa, występując w balecie p.t.: „Królewna Śnieżka”, również na deskach teatru Pavilion Theatre.

Ze względu na znaczną liczbę tancerzy, przedstawienie jest odgrywane kilkakrotnie ze zmienną obsadą. W części baletowej biorą udział już trzyletnie dzieci, które noszą często wieloelementowe kostiumy. Dlatego rodzice pomagają w przygotowaniu młodszych artystów. Jest to zorganizowane w taki sposób, że rodzice zgłaszają się do pomocy podczas przedstawienia, w którym ich własne dziecko nie bierze udziału. Dzięki temu nie są odrywani od spektaklu z udziałem swojej pociechy.

Ponieważ Lusia tańczyła w piątek, zdecydowałam się na „pracę” za kulisami w sobotę. W towarzystwie czterech innych mam. Zadanie polegało na tym, aby roztoczyć opiekę nad 5 grupami tancerzy, w wieku od 3 do 10 lat. Na początek należało każde dziecko ubrać we właściwy kostium. Starsze radziły sobie same. Młodsze były bardzo cierpliwe. Kiedy wszystkie dzieci zamieniły się w Aniołki, Diamenty, Nimfy Wodne, Mieszkańców Wioski i Przyjaciółki Sylvii, odetchnęłyśmy z ulgą. Rozdałyśmy kartki i kredki, włączyłyśmy bajkę na DVD. Nastąpił czas oczekiwania oraz naprawiania drobnych wpadek.

Dzieci były niezwykle wytrwałe. Mimo późnej pory, z entuzjazmem wchodziły na scenę. Wiedziały, że gdzieś na widowni są, dumni z nich, rodzice.

Kilka dni temu, Lusia zaskoczyła nas informacją: „Gdybyśmy zbierali wodę z tego kapiącego w kuchni kranu, wystarczyłoby na wieczorną kąpiel. Marnujecie wodę. Pomyślcie o naszej planecie.” Trzyletni Tusio i dwuletnia Róża spojrzeli na nas z wyrzutem. W tej sytuacji nie mieliśmy wyjścia. Zadzwoniłam do hydraulika. Kran okazał się typem angielskim. Co oznacza, że nie ma wewnątrz uszczelek, które można wymienić. Trzeba kupić nowy kran.

Udałam się do sklepu, wskazanego przez hydraulika. Pokazałam zdjęcie. Zostałam zapewniona, że kran będzie następnego dnia. Sklep otwarty do 17. Dojechałam na miejsce punktualnie o 17. Drzwi były już zamknięte. Od odjeżdżającego autem pracownika, usłyszałam przez uchyloną szybę, żebym weszła do sklepu bocznymi drzwiami. W środku był pan, u którego zamówiłam dzień wcześniej kran. Na mój widok, sięgnął po pudełko. Zawahałam się, czy to ten sam model kranu. Wtedy usłyszałm propozycję, żebym wzięła kran do domu, sprawdziła na miejscu i rano zadzwoniła, czy jest dobry. Gdyby okazało się, że nie pasuje do mojego zlewu, miałabym go zwrócić; jeśli byłby odpowiedni, przyjechać i zapłacić lub podać numer karty kredytowej przez telefon i w ten sposób sfinalizować transakcję zakupu.

Na szczęście to był ten kran! Już nie kapie i mogę z dumą powiedzieć dzieciom, że ratujemy naszą planetę.

A przy okazji, w tym sklepie (DPL, Glenageary) odnalazłam taką Irlandię, do której przyjechaliśmy!

Colm Tóibín urodził się w maju 1955 roku w miejscowości Enniscorthy, w hrabstwie Wexford.

Mieszkał w Barcelonie, wiele podróżował. Zajmował się dziennikarstwem.

Wydał powieści:

1990  The South

1992  The Heather Blazing

1996  The Story of the Night

1999  The Blackwater Lightship

2004  The Master

2009  Brooklyn

2012  The Testament of Mary

Colm Tóibín wydał również zbiory opowiadań: w 2006  roku „Mothers and Sons”, w 2010  „The Empty Family”. Ponadto, zbiory esejów, np.: „All the Novelist Needs”, zapiski dziennikarskie z licznych podróży, np.: „Bad Blood: A Walk Along the Irish Border”, sztukę teatralną p.t.: „Beauty in a Broken Place” oraz opublikował wiersz p.t.: „Cush Gap, 2007”.

Książkę „Brooklyn” poleciła mi i pożyczyła do przeczytania jedna z moich irlandzkich koleżanek. Na zachętę powiedziała, że w jej klubie czytelniczym „Brooklyn” wywołał burzliwą dyskusję.

Akcja powieści rozgrywa się w miejscowości Enniscorthy, skąd pochodzi główna bohaterka, Ellis oraz w tytułowej dzielnicy Nowego Jorku – Brooklyn, dokąd Ellis zostaje wysłana, w poszukiwaniu lepszych warunków życia.

Postać Ellis od początku powieści wydaje się dosyć bezbarwna, pozbawiona chęci realizacji własnych marzeń. W małej miejscowości, w której mieszka, nie znajduje upragnionej pracy biurowej. Przyjmuje więc niedzielną ofertę zatrudnienia od skąpej i nieuprzejmej właścicielki sklepu spożywczego. Pasywność Ellis jest szczególnie wyrazista w zestawieniu z postacią jej starszej siostry, Rose. Rose jest niezwykle piękna, przebojowa, pracuje w pobliskim biurze. Stać ją na grę w golfa i modne ubrania. Rose jest dumą rodziny, swego rodzaju charyzmatyczką. Niezależna, wspiera finansowo owdowiałą matkę oraz młodszą Ellis. To Rose wpada na pomysł, aby za pośrednictwem poznanego księdza, zorganizować siostrze wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Ellis nie ma ochoty opuszczać rodziny, ale nie ma też odwagi zaprotestować.

Bracia, którzy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii, opłacają Ellis ponad tygodniową podróż statkiem do Ameryki. Rose obdarowuje ją ubraniami. Ksiądz zajmuje się paszportem, zezwoleniem na pracę, wynajmem pokoju, znalezieniem pracy oraz wieczorowego kursu księgowości. Wszystko jest po prostu gotowe do wzięcia. Ta rzeczywistość niejako wchłania bohaterkę, bo trudno zauważyć zaangażowanie z jej strony. Ona wszystko przyjmuje jakby bezwolnie. Podobnie, kiedy pojawia się młodzieniec włoskiego pochodzenia. Aż pewnego dnia Ellis dowiaduje się o śmierci swojej siostry. Postanawia odwiedzić matkę. Sama do końca nie wiedząc dlaczego, zgadza się na cichy ślub przed wyjazdem do Irlandii. Podczas pobytu w Enniscorthy Ellis ożywa, zaczyna analizować swoje decyzje, zdawać sobie sprawę z pomyłek. Ale nie potrafi przeciwstawić się niemym oczekiwaniom matki oraz całego otoczenia.

Zrozumiałam tę postać dopiero po rozmowie z koleżanką, która opowiedziała mi, jak wyglądało życie w małym irlandzkim miasteczku w latach 70-tych, zaznaczając, że w latach 50-tych, kiedy rozgrywa się akcja powieści, było znacznie trudniej. Rodziny były zazwyczaj wielodzietne. Każdemu z dzieci rodzice przydzielali do odegrania jakąś życiową rolę: opiekun rodziców, wykształcony, zakonnica, ksiądz, emigrant, itp. Koleżanka podzieliła się ze mną prawdziwą historią z lat 50-tych. W rodzinie była młoda zdolna dziewczyna, która skończyła studia ekonomiczne. W okolicy nie znalazła zatrudnienia. Irlandzki ksiądz, przyjaciel rodziny, pracujący w Wielkiej Brytanii, dowiedział się, że w jego parafii zwolnił się etat nauczycielki. Rodzice tej dziewczyny uznali, że to doskonała oferta. To oni podjęli decyzję o wyemigrowaniu córki. Podobnie, jak w przypadku Ellis. Z tej perspektywy, zupełnie inaczej spojrzałam na bohaterkę. Moja koleżanka dodała jeszcze, że małe miasteczka wyglądały dokładnie tak, jak w powieści: pub, restauracja, wścibska właścicielka sklepu, która miała tupet obdarować pracownika czerstwym bochenkiem chleba, zimne, niewygodne domy; wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą.

60 lat temu… Czy w Polsce nie było podobnie?

Do Irlandii przyjechaliśmy w czerwcu. Pogoda była zaskakująco piękna. Nagła zmiana nastąpiła we wrześniu. Z dnia na dzień zaczęły się silne, zimne wiatry. Przy tym, już późnym popołudniem robiło się szaro. Wieczory stawały się wyjątkowo długie, poranki chłodne.

Z początkiem października, dodatkowo, całkowicie zmienił się krajobraz. Z drzew w okolicznych ogródkach zwisały plastikowe ludzkie szkielety, na szybach okiennych mieniły się rysunki pająków i nietoperzy, z wystaw sklepowych patrzyły złowieszczo czarownice i dynie z otworami, wyciętymi na kształt twarzy. Brr… Lusia zadecydowała, że przenosi się do naszej sypialni, bo u niej w pokoju „pływa w powietrzu jakaś zielona okropna postać”.

31 października 2006 mój szef zapowiedział, że wybiera się ze swoimi dziećmi na „trick or treat” („cukierek albo psikus”) i wszyscy dostaliśmy prezent w postaci skróconego dnia pracy. Nasze biuro mieściło się w bardzo ładnej dzielnicy Dublina, Ballsbridge. W pobliżu małe, kameralne, słabo oświetlone uliczki. Duże domy w zabudowie szeregowej lub bliźniaczej. Postanowiłam przejść się z koleżanką i wsiąść do podmiejskiego pociągu na innej stacji niż zwykle. Kiedy szłyśmy razem i rozmawiałyśmy, okolica wydawała mi się przyjazna. Wymarzone miejsce na popołudniowy spacer. Gdy tylko się rozstałyśmy, zaczęłam zauważać zwisające z żywopłotów maszkary. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem, gdzie się znajduję. Nie miałam ze sobą mapy. Marzyłam o tym, żeby kogoś spotkać i zapytać o drogę. Nagle, w półmroku, zderzyłam się z … jakąś szkaradą w czarnym wysokim kapeluszu i białą, jak śnieg, twarzą. Ten ktoś powiedział „sorry”, a za nim nadbiegła dziewczynka w kostiumie elfa. Serce waliło mi jak młot. Nie byłam w stanie sklecić prostego zdania. Wykrztusiłam z siebie tylko nazwę stacji kolejowej.

Po kilkunastu minutach siedzę w przedziale. Wokół mnie zwyczajnie ubrani ludzie. Żadnych widziadeł… Ze strzępków rozmów wychwytuję „halloween”, „trick or treat”. Zaczyna do mnie docierać, że ten przebieraniec z dziewczynką elfem to tata, towarzyszący swojej córce w wędrówce od domu do domu, której celem jest zebranie torby smakołyków.

Odbieram Lusię z przedszkola. Od razu pada pytanie, czy możemy zaraz natychmiast za kogoś się przebrać i pukać do drzwi sąsiadów. Przeglądamy zawartość szafy. W pośpiechu przebieram Lusię za stwora, który przypomina swoim wyglądem Marsjanina, ale ona twierdzi, że jest koniem. Nie ma ochoty udawać czarownicy, ani oddalić się poza naszą niewielką uliczkę. Pukamy do pobliskich domów. Lusia dostaje słodycze, torebkę orzeszków ziemnych i jabłko. Wracamy do domu. Przed naszymi drzwiami gromadka dzieci.  Zostawiłyśmy zaświeconą lampę na zewnątrz. To znak dla innych przebierańców, że w tym domu mogą liczyć na jakiś smakołyk. Szybko robię przegląd domowych słodyczy. Wynoszę miskę cukierków. Dzieci skromnie wybierają, każde po jednym cukierku. To przecież tylko symbol. Podtrzymanie wielowiekowej tradycji celtyckiej zakończenia zbiorów, a więc lata i rozpoczęcia zimy, czyli celtyckiego kolejnego roku. Noc z 31 października na 1 listopada jest w tym sensie nocą niczyją. Jednocześnie końcem i początkiem, chaosem, który sprzyja wymykaniu się spod kontroli. Wszystko jedno czy są to prawdziwe widziadła, czy ludzie skorzy do robienia psikusów, jeśli odmówi im się „wykupnego”.

Halloween jest prawdopodobnie wspomnieniem celtyckiego święta ognia (Samhain). Dla Celtów, którzy prowadzili życie pasterskie, nadejście zimy oznaczało całkowitą zmianę porządku dnia. Zwierzęta sprowadzano z górskich pastwisk na niziny. W związku z tym, również ludzie wracali do swoich domów na kolejnych kilka miesięcy. Dla Celtów, którzy prowadzili życie rolnicze, był to koniec zbioru plonów ziemi. Ogólnie, bezwzględnie moment zwrotny w życiu Celtów. Aż się prosi, żeby dodać do tego odrobinę magii. Zgodnie z wierzeniami celtyckimi, człowiek po śmierci udawał się do krainy wiecznej młodości i szczęścia. Śmierć to także moment zwrotny. Może właśnie dlatego uważano również, że 31 października duchy zmarłych nawiedzają swoje domostwa. Z historycznych zapisków wynika, że w IX wieku Kościół Katolicki ogłosił dzień 1 listopada dniem Wszystkich Świętych. Spotkanie tradycji?

Obchody Halloween spopularyzowali w Stanach Zjednoczonych liczni emigranci irlandzcy z początku XIX wieku. Z roku na rok obserwuję, że na uliczkach Dublina w „halloweenowy” wieczór, zwiększa się ilość księżniczek i baletnic w porównaniu z liczbą czarownic oraz ilość Spider Manów i Elvisów Presley’ów w porównaniu  z liczbą kościotrupów…

Od ponad dwóch lat, w każdy piątkowy poranek, po zaprowadzeniu Lusi do szkoły i Tusia do przedszkola, dołączam z Różą do grupy pięciu irlandzkich koleżanek na szybki godzinny spacer brzegiem morza. Po takim wysiłku zasłużona kawa i rogalik, albo irlandzka słodka bułeczka (scone). Najczęściej w pobliskiej kawiarni. Pogawędki na temat szkół, spędzania wolnego czasu, wychowywania dzieci, wydarzeń kulturalnych, książek, filmów…

Podczas tych piątkowych spacerów, zorientowałam się, że w tej grupie koleżanek, każda należy do klubu czytelniczego. Jest to modne. Sama idea przywodzi mi na myśl dyskusyjne kluby filmowe, z czasów liceum. W praktyce jednak, są to spotkania typowo towarzyskie, w damskim gronie, sześć – osiem osób. Nie ma tu struktury, ani rygoru; atmosfera jest relaksująca. Członkinie klubów spotykają się, na przykład, raz w miesiącu, aby omówić zaplanowane do przeczytania książki lub książkę. Spotkania odbywają się w domach, wieczorami, kiedy dzieci smacznie śpią. Panie siedzą na miękkich kanapach, przy ciepłych kominkach, z lampką wina w dłoni.

Spotkania są okazją, aby dowiedzieć się, co nowego ostatnio wydano lub po prostu usłyszeć, o czym jest książka, której nie ma się ochoty przeczytać. Na listach, wybranych do omówienia pozycji, dominują książki, wydane w Irlandii, Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy, zaprezentuję dzieła irlandzkich pisarzy i poetów, które sama przeczytałam: napiszę kilka słów o autorze, przedstawię pokrótce fabułę, zamieszczę moją recenzję oraz opinie moich irlandzkich koleżanek. Załączę też listę innych książek danego autora.

Zachęcam Was do wspólnego odkrywania literatury irlandzkiej. Zapraszam do dyskusji na temat tych książek, w formie komentarzy do poszczególnych wpisów. Oto lista, którą proponuję na początek:

Październik 2012, Cecelia Ahern „If you could see me now” („Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

Listopad 2012, Emma Donoghue “Room” („Pokój”)

Grudzień 2012, Colm Tóibin „Brooklyn” (“Brooklyn”)

Styczeń 2013, Neil Jordan “Mistaken”

Luty 2013, Colum McCann “Let the Great World Spin” (“Niech zawiruje świat”)

Wybrałam też kolejnych autorów, ale waham się jeszcze nad próbką ich twórczości:

Marzec 2013, Meave Binchy

Kwiecień 2013, Sarah Webb

Maj 2013, Joseph O’Connor

Przyjemnej lektury!

Kilka dni temu pojechałam na przegląd techniczny samochodu, zwany tu potocznie NCT (National Car Testing). I… przypomniał mi się zakup naszego pierwszego auta….

Kiedy przyjechaliśmy do Irlandii, początkowo nie myśleliśmy o posiadaniu auta. Jednak codzienne chodzenie po drobne zakupy, często w strugach deszczu, zaczęło nam doskwierać. W Polsce mieliśmy samochód. Byliśmy przyzwyczajeni do tygodniowych zakupów. Poza tym, nabraliśmy ochoty, żeby coś zwiedzić, zobaczyć, czy faktycznie ta wyspa jest zielona. Coraz częściej wyglądaliśmy przez okno i patrzyliśmy na nasze patio, na którym właściciel domu, pozostawił kilkuletniego Fiata Punto. Wiedzieliśmy, że jest na sprzedaż, z przebiegiem 15 tys. km. Dawne niedzielne auto jego żony.

Pewnego dnia, podjęliśmy decyzję. Paweł dzwoni do właściciela samochodu (czyli naszego wynajmującego), aby dowiedzieć się, jak wygląda cała procedura zakupu i jakie musimy przygotować dokumenty. Po kilkunastu minutach, Paweł z tajemniczą miną wymyka się przed dom. Wyjmuje z auta jakiś dokument, coś w nim zapisuje. Ponownie gdzieś dzwoni. Wraca niczym zdobywca i oznajmia: „Właśnie sfinalizowałem transakcję zakupu. Auto jest nasze i już ubezpieczone! Musimy tylko wysłać czek do byłego właściciela i dowód rejestracyjny do urzędu, a oni przyślą nam nowy.” Patrzę z niedowierzaniem. „Czeka nas jeszcze wymiana tablic rejestracyjnych” przypominam sobie. „Są przypisane do auta, więc nie trzeba ich wymieniać przy zakupie, zmianie adresu, itd.” Zastanawiam się, czy to żart, ale Paweł nie daje zbić się z tropu”Mała przejażdżka?” Wsiadamy do samochodu.

Okazało się, że kluczyki do auta były w jednej z szuflad, a dowód rejestracyjny w schowku samochodowym. Dowód rejestracyjny to złożona na pół kartka A4. Jednocześnie pełni funkcję umowy sprzedaży. Jest tam miejsce na dane i podpisy sprzedawcy oraz nabywcy. Część, dotycząca sprzedawcy była już wypełniona. Paweł dopisał swoje dane. Rozmowa z ubezpieczycielem trwała kilka minut. Konieczne było podanie numeru karty kredytowej. Paweł dowiedział się również, że nasze zniżki za bezszkodową jazdę w Polsce zostaną uwzględnione, jeśli prześlemy skan potwierdzenia mailem.

Przegląd techniczny w jednym z 46 autoryzowanych punktów serwisowych jest obowiązkowy co dwa lata dla samochodów 4-letnich oraz starszych; co roku dla samochodów 10-letnich oraz starszych. Obecnie przegląd kosztuje 55euro i trwa 30 minut. Termin można zarezerwować telefonicznie lub przez stronę internetową NCT. Po zakończeniu testów, właściciel auta otrzymuje raport ze szczegółowymi wskaźnikami technicznymi oraz certyfikat, którego częścią jest winieta. Winietę należy odciąć i umieścić w specjalnej kieszonce na przedniej szybie, obok dwóch pozostałych: potwierdzającej opłacenie podatku drogowego oraz ubezpieczenia.

Jeśli spotykam sąsiada, odkurzającego w pośpiechu wnętrze swojego auta, pytam ze zrozumieniem: NCT?

W ubiegłym roku w lipcu Paweł zagadnął: „może wezmę udział w maratonie”. „A kiedy jest ten maraton i ile to km?” zapytałam. Brak odpowiedzi. „Tata poszedł wyrzucić śmieci” przyszła mi z pomocą Lusia. Po chwili: „Ile to km i kiedy? ” drążyłam. Brak odpowiedzi. Aha, rozmawia przez telefon. Wreszcie się odważył: „42km, w październiku. Mam aż 3 miesiące, żeby się przygotować”. Kiedy ochłonęłam: „Przecież od 2 lat w ogóle nie biegasz. Do maratonu trzeba się przygotowywać przez wiele mesięcy i to w odpowiedni sposób”. „Nie wierzysz we mnie” stwierdzenie zranionego mężczyzny. Po godzinie serwis informacyjny: „Wpisałem się. Pojutrze zaczynam trening, 17km”. „Zwariowałeś. A poza tym, nie masz kiedy biegać” osłupiałam. W odpowiedzi Paweł przedstawił swój plan: „Będę biegał w soboty w górach, jak Lusia ma konie (i tak na nią czekam) i raz w tygodniu wieczorem, jak dzieci pójdą spać. Aha, zapłaciłem za udział 80 euro”.

Następnego dnia byłam z Lusią w bibliotece. Spostrzegłam na półce książkę o tym, jak przygotować się do maratonu.  Taki zbieg okoliczności! Niestety, książka była zarezerwowana. Wieczorem zaproponowałam Pawłowi, że kupię taką książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, odmówił. Ciągle jeszcze był obrażony…

Poniedziałek, po sobotnim 17-kilometrowym biegu: „Dotknij moją łydkę. Jak ruszam nogą, coś tu chrzęści”. W ciągu kolejnych 3 tygodni miały miejsce 2 wizyty u 2 różnych fizjoterapeutów w Irlandii, z których każdy postawił inną diagnozę oraz 1 wizyta u chirurga w Irlandii, który postraszył sterydami, 1 wizyta u lekarza sportowego w Polsce, usg i seria masaży. Wszyscy specjaliści byli zgodni co do jednego szczegółu – nie ma szans na udział w maratonie. Pani doktor, oglądająca nogę w Polsce, westchnęła: „W tym tygodniu miałam już dwóch 40-latków z zerwanym ścięgnem achillesa, którzy z dnia na dzień poczuli drugą młodość i natychmiastową chęć poprawienia swojej kondycji.”

Po kilku miesiącach Lusia przygotowuje list do Św. Mikołaja: „Tato, a dla Ciebie o co poprosić?”. Paweł bez chwili wahania: „Poproś o tę książkę o przygotowaniach do maratonu, którą mama chciała mi kupić”.

Były też książki pożyczone od znajomych, książki z biblioteki, rozmowy z osobami, które biegły już w maratonach. Na przykład, jeden z naszych sąsiadów ukończył tegoroczny maraton w Paryżu, razem ze swoimi braćmi i ponad 70-letnim ojcem. Takie rodzinne spotkanie w biegu. I bardzo motywujące!

W kwietniu Paweł z sukcesem bierze udział w 10-kilometrowym biegu charytatywnym. Stopniowo zwiększa dystans, przygotowując się regularnie do wrześniowego półmaratonu w Dublinie. Trzy dni temu ogłasza: „Dziś przebiegnę 21 km, żeby sprawdzić czas. Powinienem wrócić za ponad 2 godziny”. Po 40-minutach staje w drzwiach ze spuchniętym kolanem. „Wiesz, w jednej z tych książek było napisane, że metodą na szybszy bieg, jest patrzenie na wprost, zamiast pod nogi. Nie przewidzieli tylko, że w naszej okolicy jest akurat jakiś festiwal i rozkładają metalowe konstrukcje. Szare belki niedbale porozrzucane na szarym deptaku. Biegłem szybko, patrzyłem w dal, padłem plackiem” opowiada. „Mam nadzieję, że później już nie biegłeś” patrzę na niego badawczo. No tak…

Kolano, pomimo smarowania Altacetem i okładów ze świeżych liści kapusty, nadal jest trochę spuchnięte. Półmaraton już za 5 dni. Teraz chyba muszę rozejrzeć się za książką o pozytywnym myśleniu?

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 33 obserwujących.

Czerwiec 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Blog Stats

  • 37,214 hits
%d blogerów lubi to: