You are currently browsing the tag archive for the ‘Glasthule’ tag.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Reklamy

Niedługo po przyjeździe do Irlandii, idąc rano po drobne zakupy, zauważyłam w naszej dzielnicy wzmożony ruch. Po ulicy przechadzali się ludzie, ubrani w stylu początków XX wieku. W kawiarniach, panie w sukniach sprzed wieku i panowie w melonikach prowadzili wesołe rozmowy przy porannej kawie. Przed jedną z restauracji stała pięknie udekorowana bryczka z wąsatym woźnicą. W tle żwawy kamerzysta. Aha, wszystko jasne, pomyślałam. Pewnie nagrywane są sceny do jakiegoś filmu.

Popołudniu wybrałam się z Lusią na spacer brzegiem morza. Kiedy zbliżałyśmy się do wieży Jamesa Joyce’a, spotkałyśmy rozbawione towarzystwo pań w kapeluszach i długich sukniach. „Happy Bloomsday” usłyszałam. Zaraz, zaraz, Bloomsday… Joyce… „Ulysses”! Tak, to musi mieć związek z Bloomem, bohaterem „Ulyssessa”. Od jednej z pań dowiedziałam się, że co roku, 16 czerwca oraz w tygodniu poprzedzającym, w Dun Laoghaire, Glasthule i Sandycove, odbywa się Bloomsday Festival, nawiązujący do bohatera „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a. Kolejna okazja do dobrej zabawy.

Wiele kawiarni, restauracji i pubów wystawia na ulicę dodatkowe stoliki, przygotowuje specjalne menu śniadaniowe i obiadowe. Właściciele okolicznych sklepików dekorują okna wystawowe tak, aby oddać klimat lat 20-tych ubiegłego wieku. W księgarniach promowane są dzieła Joyce’a. W wielu miejscach odbywa się czytanie fragmentów „Ulyssesa” lub można usłyszeć odtwarzaną z gramofonu muzykę z tamtych lat. Warto też sprawdzić repertuar pobliskiego Pavilion Theatre.

W tym roku postanowiliśmy w pełni poczuć klimat tego dnia. Przetrząsnęłam szafę i skompletowałam strój, którego nie powstydziłaby się sto lat temu mieszkanka Dublina: biała letnia sukienka do kostek, ozdobiona falbaną, kremowy płaszczyk do kolan z rękawami wykończonymi falbaną, na to kremowy koronkowy szal i oczywiście obowiązkowy kapelusz. Cała rodzina wyglądała imponująco! Miejscowi paparazzi, czyli starsze panie w kapeluszach i koronkowych rękawiczkach, zaskakiwały nas błyskiem aparatów fotograficznych. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w kawiarni 64, a obiad zjedliśmy w słynącej z wyśmienicie przyrządzanych dań rybnych, restauracji Cavistons. Atmosferę dnia podkreślały piosenki, śpiewane przez świetnie przygotowany chór męski.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeczytać od początku do końca tę niemal 1000-stronicową książkę!

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Grudzień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Blog Stats

  • 39,264 hits
%d blogerów lubi to: