You are currently browsing the tag archive for the ‘Polacy w Irlandii’ tag.

W listopadzie ubiegłego roku jedna z moich irlandzkich koleżanek zaprosiła mnie do klubu czytelniczego. Propozycja była niezwykle kusząca. Po pierwsze, co miesiąc wolny wieczór na spotkanie literackie. Po drugie, w miłym, damskim towarzystwie. Po trzecie przy lampce dobrego wina.

Klub czytelniczy wiąże się ze zobowiązaniem do przeczytania jednej na miesiąc, wspólnie wybranej książki. Jest nas siedem i każda z nas, raz na siedem miesięcy, organizuje spotkanie w domowym zaciszu. Na mnie wypadło w maju. I wtedy omawiałyśmy powieść francuskiego pisarza Pascala Garnier „How’s the Pain?”  (polski tytuł: „Jak się ma twój ból?”). Ponieważ ja organizowałam majowy book club, do mnie należało również przygotowanie listy książek, z której wybrałyśmy jedną do przeczytania na czerwiec. Zdecydowałyśmy się na „City of Bohane” Kevina Barry. Spotkanie już wkrótce!

Dzięki dyskusjom nad lekturami, odkryłam w każdej książce o wiele więcej, niż podczas czytania dla samej siebie. Zdaża się, że ta sama książka jednej osobie podoba się tak bardzo, że jest gotowa ponownie do niej zajrzeć, podczas gdy ktoś inny, nie jest w stanie doczytać jej do końca. I fascynujące jest zebranie tych wszystkich opinii podczas jednego wieczoru:-)))

Reklamy

Michael Harding urodził się w 1953 roku w hrabstwie Cavan, a obecnie mieszka w hrabstwie Westmeath. Jego żoną jest rzeźbiarka Cathy Carmen, z którą ma córkę.

Michaela Hardinga można by opisać jako egocentrycznego poszukiwacza prawdy o sobie i świecie. Był nauczycielem. W wieku 24 lat przyjął święcenia kapłańskie. Będąc księdzem romansował z przyszłą żoną, aby przed trzydziestką porzucić parafialne obowiązki i na kolejnych 17 lat zanurzyć się w filozofii buddyjskiej. Mieszkał na wsi, tęsknił za miastem. Mieszkał w mieście, tęsknił za przepychem i socjetą. Był księdzem, tęsknił za kobietą. Założył rodzinę, tesknił za samotnością, itp. W wieku 58 lat zaczął odczuwać skutki wieloletniego mieszania leków przeciwbólowych z alkoholem i zaniemógł fizycznie, po czym emocjonalnie i psychicznie, co współcześnie określa się mianem depresji.

Swoje doświadczenia i poszukiwania opisał w książce p.t.: Staring at Lakes. Książka została zaklasyfikowana jako wspomnienia. Zanim ją przeczytałam, wybrałam się z koleżanką na spotkanie z autorem w Pavilion Theatre, w Dun Laoghaire. Michael jest nie tylko pisarzem, autorem powieści, opowiadań, ale także dramaturgiem, felietonistą, aktorem i gawędziarzem. Swoją książkę zaprezentował w sposób barwny, a jednocześnie intymny. Zachęcił mnie do jej przeczytania. Jednak lektura okazała się lamentowaniem mężczyzny w średnim wieku. Polecam wszystkim kobietom, które chciałyby zagłębić się w zaskakujące przemyślenia 50-latków oraz wszystkim mężczyznom przed 50-ką, aby uniknęli własnego obrazu w krzywym zwierciadle:-) To, co podobało mi się w jego wspomnieniach, to osobiste spostrzeżenia, wyrażone w krótkich myślach, na przykład, że jest w nas wystarczająco dużo wiary, żeby się nienawidzieć, a zbyt mało, aby się kochać. Harding parafrazował tu J. Swifta w kontekście przepychanek religijnych na terenie Irlandii, ale można to przecież odnieść do wielu sytuacji.

Michael Harding wydał następujące powieści:

1986 Priest

1988 The Trouble With Sarah Gullion

2008 Bird in the Snow

2013 Staring at Lakes (wspomnienia)

Sześć z jego sztuk było wystawionych w dublińskim Abbey Theatre.

 

Gdzieś mi uciekły wolne poranki. Dzieci w szkole, przedszkolu. Tylko usiąść i pisać… Na przykład środy. Kątem oka zerknęłam na kartkę na tablicy ogłoszeń nieopodal. Hokej na trawie dla kobiet, poziom bez znaczenia, trawa w szkole na wprost mojego domu. Nie mogłam sobie odmówić…

Zaczęłam od upewnienia się, że poziom zerowy też jest akceptowalny. Po czym udałam się do sklepu po niezbędny sprzęt: drewniany kij, osłonę na szczękę, ochraniacze na łydki.

Hokej na trawie jest w Irlandii głównym sportem żeńskim, często obowiązkowym w szkołach średnich. Na pierwszym spotkaniu było jasne, że jedyną osobą, która nigdy wcześniej nie miała w ręku kija hokejowego, byłam ja… Ale, wierząc, że nauka czyni mistrza, postanowiłam kontynuować. Co prawda w ciągu trzech miesięcy nie udało mi się strzelić gola, ale wiele razy (no może kilka…) obroniłam naszą bramkę. Zorientowałam się, że chętniej gram na pozycji środkowej lub obrony, a niepewnie czuję się w ataku. Pewnie ma to związek z moim łagodnym charakterem:-)

Od czasu do czasu, po godzinie radosnej gonitwy za piłką, idziemy na zasłużoną filiżankę kawy. I nie wiadomo kiedy wybija południe i muszę biec po Tusia i Różę do przedszkola…

Wracając z Kilkenny do Dublina, podążyliśmy za drogowskazem na Castlecomer Discovery Park. Piękne trasy spacerowe, spory plac zabaw dla dzieci, kawiarnia, sklepiki z tradycyjnymi wyrobami. Można też zwiedzić starą kopalnię. My zatrzymaliśmy się tu, aby przejść się wśród drzew… po linach i kładkach, zawieszonych 10 metrów nad ziemią. Dostaliśmy kaski ochronne i uprząż zabezpieczającą. Pierwsza, niczym błyskawica, pokonała całą trasę Lusia. Za nią Paweł. Następnie przyszła kolej na mnie. Niby jest się przypiętym do zabezpieczającej liny, ale nawet z tą świadomością, pierwsze kroki zrobiłam na trzęsących się kolanach. Pojedyncza lina, rozhuśtane belki, siatka… Fajna przygoda przez około 140 metrów.

Po dwóch dniach, spojrzały na nas proszące oczy Lusi. Znalazła podobne miejsce w Dublinie. I tym sposobem Lusia i Paweł spędzili kolejne popołudnie ponad ziemią. Tym razem w Zip It. Po powrocie oznajmili, że to było duuużo lepsze i koniecznie muszę tam pojechać. Na trasie +16 lat można ponoć przejechać się rowerem i deskorolką po luźno zawieszonych kładkach. Na samą myśl trzęsą mi się kolana:-)

Trafiliśmy tu przypadkowo. Ten weekend zaplanowaliśmy spędzić leniwie w hrabstwie Clare. Kilka dni temu wpadł mi jednak w ręce folder, informujący o festiwalu pisarskim w Listowel w hrabstwie Kerry. Akurat wtedy, kiedy będziemy na sąsiednim półwyspie! Aby z Loop Head dojechać do Listowel, skorzystaliśmy z promu, płynącego z Killimer do Tarbet.

Tydzień Pisarzy w Listowel jest obchodzony od 42 lat. W tym roku rozpoczął się w miniony czwartek. My wzięliśmy udział w sobotnich atrakcjach. Na początek Wyprawa W Poszukiwaniu Literackiego Skarbu. Dzieci otrzymały zaszyfrowaną listę 11 miejsc w miasteczku. W każdym miejscu, na oknie był przyklejony  rysunek błazna z jakąś literą.  Zadaniem dzieci było zebranie 11 liter i ułożenie ich w słowo. Ukryte hasło „immagination”. Nagrodami były paczuszki owocowo-czekoladowe.

Następnie zostawiliśmy Lusię na warsztatach literackich, prowadzonych przez producentkę filmową, Lisę Fingleton, których celem było przygotowanie projektu własnej książki. W tym czasie my udaliśmy się z Tusiem i Różą na Piknik Pluszakowy, na którym pisarka, Roisin Meaney, czytała dzieciom bajki.

Przerwa na podwieczorek w jednej z kawiarenek. Spacer brzegiem rzeki Feane. Ponownie się rozdzielamy.

Paweł wybrał się z dziećmi na projekcję filmów o kosmosie. Ja dołączyłam do spotkania z Mariną Chapman, autorką książki autobiograficznej p. t.: „The Girl with No Name” (z dżungli do Wielkiej Brytanii).

Powrót promem na „nasz” półwysep. Malownicza droga przez pola i łąki hrabstwa Clare. Dzieci zachwycone: owieczki, krówki, koniki, traktory, przyczepy… Kolacja w dawnym domu latarnika. W Dniu Dziecka dzieci dostają swój ulubiony prezent, nazywany przez nas „dniem dziecka”: wskakują do łóżek bez kąpania się:-)

Postanowiliśmy pobyć w Dublinie we dwoje. W majowy poniedziałek. Po śniadaniu wsiedliśmy do podmiejskiego pociągu. Spacer wzdłuż Liffey. Lunch w kawiarence. Uliczkami Temple Bar. Przed nami jakiś zabytkowy kościół. Zwiedzamy.

Grupa ośmiu Amerykanów, my i przewodnik – dzwonnik. Wchodzimy przez niewielke drzwi. Kręta klatka schodowa. Przejście dachem. Kolejne drzwi, bardzo niskie. Kręta klatka schodowa. Przestronna dzwonnica. Na środku stół słusznych rozmiarów. „Organizujemy tu przyjęcia w gronie dzwonników” wyjaśnia nasz przewodnik z szelmowskim uśmiechem.

Dowiadujemy się, że protestancki Christ Church posiada 19 dzwonów. Najwięcej na świecie. Liczbą dzwonów przez stulecia konkurował z katolickim kościołem Św. Patryka. Na poddasze, gdzie znajdują się dzwony, nie można wejść ze względów bezpieczeństwa. Dla nas widoczne są tylko sznury. Na małym modelu, przewodnik demonstruje, w jaki sposób dzwony są wprawiane w ruch i jak uzyskuje się dźwięk. Ringing, jeśli dzwon jest ustawiony otworem do góry i musi wykonać pełny obrót; chiming, jeśli dzwon jest ustawiony otworem do dołu i musi się zakołysać. Kiwamy głowami. Wygląda to bajecznie prosto. Po chwili sami próbujemy bić w dzwony (chiming). Jestem pierwsza. Cisza. Podskakuję, macham sznurkiem w przód i w tył. Dzwonnik śmieje się pod wąsem: „Teraz widzicie, nie każdy jest dzwonnikiem”. Ja na pewno nie… Paweł radzi sobie lepiej (bez wątpienia trafił mu się łatwiejszy dzwon).

Dzwony, w porównaniu z krakowskim dzwonem Zygmunta, nie są duże. Najcięższy waży około 2,5 tony. Dzwonnicy, których jest w Dublinie 35, spotykają się, aby wydzwaniać różne melodie. Dzwony są wytopione w taki sposób, że można z nich wydobyć określone dźwięki (Do, Re, Mi…). W tym kościele zagrano 5056 kombinacji dźwięków, przy użyciu ośmiu dzwonów, w ciągu 3 godzin i 20 minut.

Wracamy na ziemię. Oglądamy wnętrze kościoła. Schodzimy pod ziemię. Krypta. Spodziewamy się grobowców władców lub kościelnych dostojników. Znajdujemy gablotę ze zwłokami kota i szczura. Słyszymy, jak ktoś szepcze, że to Tom i Jerry. Obok gabloty sklepik z pamiątkami i kawiarnia. Ciasteczko? Nie, dziękuję.

Podwieczorek dopiero po długim spacerze. W Ballsbridge. Nasze ulubione hotelowe lobby. Spędzamy tu dwie godziny. Tego dnia podróżujemy pociągiem:-) W Glasthule czeka na nas stolik w hinduskiej restauracji. Po kolacji spacer nad morzem. Siadamy na ławce. Zamykamy oczy. Kiedy je otworzymy, wrócimy do naszej rzeczywistości.

„Proszę Pani… ona mnie uszczypnęła; one się śmieją z naszych kostiumów; kok mi się rozpadł; nie mogę znaleźć mojej torby; czy może Pani zaprowadzić mnie do toalety; opaska uciska mnie w głowę…” Asystentka reżyserki pojawia się w drzwiach. Pospiesznie wyczytuje imiona, mających za chwilę wbiec na scenę Diamentów (cztero-, pięciolatki). I oto jeden mały Diament nie zostaje wywołany. Chwila paniki. Nie ma jej na liście. „Na pewno jesteś w grupie Diamentów?” – „Uhm” – „Przypominasz sobie, że z tymi dziewczynkami ćwiczyłaś?” – „Uhm”. Asystentka musi już zabrać Diamenty na scenę. Młodsza grupa (trzy-, czterolatki) to Aniołki. Nasz zagubiony Diament jest o głowę niższy od pozostałych. Nie mamy już wątpliwości, że to Aniołek. Na szczęście chętnie się przebiera w aniołkową sukienkę. Zdążyłyśmy!

To tylko kilkuminutowy wycinek z wczorajszego wieczoru, kiedy poznawałam życie za kulisami teatru. A było to tak…

W miniony piątkowy wieczór, wraz z Pawłem udałam się do pobliskiego Pavilion Theatre na balet p.t.: „Sylvia” Léo Delibes. Z Lusią w roli jednej z Przyjaciółek Sylvii. Balet składał się z trzech aktów, w scenerii leśnej polany, jaskini, świątyni bogini Diany. Baletowa część przedstawienia była poprzedzona pokazem umiejętności jazzowych tancerzy, podzielonych na grupy wiekowe. Grupa Lusi zaprezentowała piękny, dynamiczny taniec do piosenki p.t.: „Think” Arlety Franklin.

To było już drugie przedstawienie z udziałem Lusi. Dwa lata temu wcieliła się w rolę kwiatowego elfa, występując w balecie p.t.: „Królewna Śnieżka”, również na deskach teatru Pavilion Theatre.

Ze względu na znaczną liczbę tancerzy, przedstawienie jest odgrywane kilkakrotnie ze zmienną obsadą. W części baletowej biorą udział już trzyletnie dzieci, które noszą często wieloelementowe kostiumy. Dlatego rodzice pomagają w przygotowaniu młodszych artystów. Jest to zorganizowane w taki sposób, że rodzice zgłaszają się do pomocy podczas przedstawienia, w którym ich własne dziecko nie bierze udziału. Dzięki temu nie są odrywani od spektaklu z udziałem swojej pociechy.

Ponieważ Lusia tańczyła w piątek, zdecydowałam się na „pracę” za kulisami w sobotę. W towarzystwie czterech innych mam. Zadanie polegało na tym, aby roztoczyć opiekę nad 5 grupami tancerzy, w wieku od 3 do 10 lat. Na początek należało każde dziecko ubrać we właściwy kostium. Starsze radziły sobie same. Młodsze były bardzo cierpliwe. Kiedy wszystkie dzieci zamieniły się w Aniołki, Diamenty, Nimfy Wodne, Mieszkańców Wioski i Przyjaciółki Sylvii, odetchnęłyśmy z ulgą. Rozdałyśmy kartki i kredki, włączyłyśmy bajkę na DVD. Nastąpił czas oczekiwania oraz naprawiania drobnych wpadek.

Dzieci były niezwykle wytrwałe. Mimo późnej pory, z entuzjazmem wchodziły na scenę. Wiedziały, że gdzieś na widowni są, dumni z nich, rodzice.

Kilka dni temu, Lusia zaskoczyła nas informacją: „Gdybyśmy zbierali wodę z tego kapiącego w kuchni kranu, wystarczyłoby na wieczorną kąpiel. Marnujecie wodę. Pomyślcie o naszej planecie.” Trzyletni Tusio i dwuletnia Róża spojrzeli na nas z wyrzutem. W tej sytuacji nie mieliśmy wyjścia. Zadzwoniłam do hydraulika. Kran okazał się typem angielskim. Co oznacza, że nie ma wewnątrz uszczelek, które można wymienić. Trzeba kupić nowy kran.

Udałam się do sklepu, wskazanego przez hydraulika. Pokazałam zdjęcie. Zostałam zapewniona, że kran będzie następnego dnia. Sklep otwarty do 17. Dojechałam na miejsce punktualnie o 17. Drzwi były już zamknięte. Od odjeżdżającego autem pracownika, usłyszałam przez uchyloną szybę, żebym weszła do sklepu bocznymi drzwiami. W środku był pan, u którego zamówiłam dzień wcześniej kran. Na mój widok, sięgnął po pudełko. Zawahałam się, czy to ten sam model kranu. Wtedy usłyszałm propozycję, żebym wzięła kran do domu, sprawdziła na miejscu i rano zadzwoniła, czy jest dobry. Gdyby okazało się, że nie pasuje do mojego zlewu, miałabym go zwrócić; jeśli byłby odpowiedni, przyjechać i zapłacić lub podać numer karty kredytowej przez telefon i w ten sposób sfinalizować transakcję zakupu.

Na szczęście to był ten kran! Już nie kapie i mogę z dumą powiedzieć dzieciom, że ratujemy naszą planetę.

A przy okazji, w tym sklepie (DPL, Glenageary) odnalazłam taką Irlandię, do której przyjechaliśmy!

Pewnego dnia, minionego już roku, wracając ze spaceru, spotkałam bardzo sympatyczną irlandzką sąsiadkę z dzieckiem w wieku Tusia. Obie spieszyłyśmy się, żeby podać dzieciom obiadek. „Dziś mam zupę pomidorową, więc szybko zje i wracamy nad morze” oznajmiłam zadowolona. „A u mnie oxtail soup. Też spodziewam się, że zje ze smakiem” odpowiedziała sąsiadka. Nazwa zupy zaintrygowała mnie. „Czy to jest zupa z ogona wołowego?” dopytałam się. „Tak, jest bardzo pożywna, zawiera dużo żelaza” usłyszałam.

I to wystarczyło, żebym wybrała się na poszukiwanie wołowego ogona. Znajomy już rzeźnik przywitał mnie uśmiechem. Tak, można kupić wołowy ogon. W każdy piątek, na zamówienie. Ilość ograniczona. Wpisał moje nazwisko do zeszytu. Tymczasem…

Wieczorem puka sąsiadka i wręcza mi torebkę firmy Knorr. Napis: Oxtail Soup. Rich in iron. „Zauważyłam, że zainteresowałaś się tą zupą, więc przyniosłam na spróbowanie. Przygotowanie 3 minuty” powiedziała. Zbladłam. „Słuchaj, ja właśnie zamówiłam u rzeźnika wołowy ogon. Prawdziwy!!! Będzie w piątek…” wyjąkałam. Wybuchnęłyśmy śmiechem. „To koniecznie mi przynieś trochę tej potrawki” zakpiła sąsiadka. „Ale będziesz musiała jej spróbować” nie pozostałam dłużna.

Właściwie czemu nie? Znalazłam przepis na irlandzki gulasz z wołowego ogona. Przygotowanie 2 godziny + 3 godziny duszenie + butelka dobrego czerwonego wina + 6 godzin w lodówce. No i jak tu się dziwić, że zupy w proszku tak świetnie się sprzedają.

I tak wołowy ogon ukrywał się na dnie zamrażalnika, dopóki nie został wytropiony przez Pawła. „A to co?” zapytał szef kuchni? „Ogon” odpowiedział kuchcik. „Zajmuje sporo miejsca” zauważył szef kuchni. „Odważysz się go zjeść, jak przygotuję?” kuchcik kuł żelazo póki gorące.

I tak wołowy ogon jawnie leżał w zamrażalniku, aż jego termin ważności powoli zaczął dobiegać końca. „To będziesz coś robić z tego ogona?” zainteresował się Paweł w sobotni poranek. „Zrobię oxtail stew na jutrzejszy obiad. Przecież nie wyrzucę tego ogona. Z tego przepisu wynika, że w czasach Depresji ludzie uważali takie ogony za rarytas” przekonywałam sama siebie.

Godziny przygotowań. Zadanie dla wytrwałych. Rodzaj swoistej pokuty. Bardzo dużoooooooo warzyw i ziół. Czerwone wino. Marynata odstawiona na nocne leżakowanie w lodówce. Wielki sukces kulinarny. Potrawka jest … smaczna.

Pukam do sąsiadki. Otwiera jej mąż. Wręczam mu talerz z gulaszem. „Przyniosłam na spróbowanie. To gulasz z wołowego ogona” informuję na powitanie. „Czy to tradycyjna polska potrawa?” pyta zaskoczony sąsiad. „Nie, to tradycyjna irlandzka potrawa” odpowiadam „Twoja żona mi ją poleciła”. Nadbiega sąsiadka, zerka na półmisek i wybucha śmiechem: „A jednak to ugotowałaś!”

„Smacznego. Słowo się rzekło…”

Pamiętam z dzieciństwa, że Święta Bożego Narodzenia zaczynały się dla mnie 24 grudnia rano, kiedy ubieraliśmy choinkę. Z perspektywy osoby dorosłej, przesunęłam tę datę stopniowo, z biegiem lat na połowę listopada. Pomijam wyprawę po prezenty (popularny w Irlandii Christmas shopping) oraz przygotowanie świątecznego menu, kartek i dekoracji. O świętach przypomina mi tutaj telewizja, właściciele lokalnych sklepów i kawiarenek oraz szkoła.

W tym roku, wszystko zaczęło się od The Late Late Toy Show, który można było obejrzeć 30 listopada w TV RTE. Program rozpoczął się dyskoteką postaci z bajek, której przewodził Shrek. Shrek przeistoczył się w prezentera, Ryana Tubridy. Tego wieczoru, w studio znalazło się tysiące zabawek. Podczas programu, Ryan zapraszał dzieci, aby wyjaśniły jak działają poszczególne zabawki. Atmosfera była bardzo rozrywkowa. Ale program był również szansą dla młodych talentów. Na tle wielu prześmiewczych scenek opisywania zabawek, występowały zespoły dziecięce z Irlandii. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie dziewczynki, które wzruszająco zaśpiwały „O, Holy Night”. Jedna z nich grała dodatkowo na fortepianie. Lusia poinformowała nas, że ten program, pomimo późnej pory emisji, oglądają wszystkie, bez wyjątku, dzieci w Irlandii. I tym sposobem uniknęła protestów z naszej strony, kiedy zamiast pójść do łóżka, zasiadła wygodnie przed telewizorem i zapytała, czy może mamy zachomikowane jakieś słodycze. Nagranie z tego wieczoru jest dostępne w internecie do 21 grudnia 2012 pod adresem: http://www.rte.ie/player/ie/show/10092208/

Kolejnym przedświątecznym wydarzeniem było uroczyste włączenie dekoracyjnego oświetlenia w naszym miasteczku. Od kilku lat, właściciele pobliskich sklepów, kawiarni i małych biznesów odnotowują znaczny spadek obrotów i zysków. W konsekwencji, niektóre butiki zostały zlikwidowane. Ponieważ urok naszego miasteczka zależy od istnienia tych malowniczych sklepików, rozpoczęła się kampania wpierająca ich istnienie. Zaimponowała mi determinacja i kreatywność właścicieli małych okolicznych biznesów, a jednocześnie pozytywna odpowiedź mieszkańców na te wysiłki.  Jedną z inicjatyw jest właśnie oficjalne rozświetlenie miasteczka. W sobotę 1 grudnia późnym popołudniem, dzieci przemaszerowały główną ulicą z latarkami i balonami. Był chór męski, duet tenorów, chór szkolny, soliści, w tym Lusia, śpiewająca Silent Night. Na rozgrzewkę dla dorosłych, dwie restauracje rozdawały grzane wino (reklamowane jako bezalkoholowe:-)). Dzieci, natomiast, cieszyły się świeżo upieczonymi ciasteczkami. Wszyscy mogli też zapoznać się z ofertą lokalnych sklepików.

2 grudnia Bożonarodzeniowy Kiermasz w szkole. Efekt kilku tygodni przygotowań, współpracy rodziców, nauczycieli i okolicznych biznesów. Organizator: komitet rodzicielski. Cel: zbiórka pieniędzy na spłatę kredytu, zaciągniętego kilka lat temu przez szkołę na rozbudowę i remont. Każdy rocznik dostał osobny projekt. Na przykład, rodzice z klasy Lusi i równoległej mieli za zadanie przygotować „butelkowe” Koło Fortuny. Rodzice z całej szkoły byli proszeni o ofiarowanie różnego rodzaju butelek (wina, ketchupu, wody, szamponu). Podczas kiermaszu, można było wygrać jakąś butelkę. Aby uruchomić Koło Fortuny, należało zapłacić €1. W ubiegłym roku, rocznik Lusi przygotowywał loterię, w której los niezmiennie od trzech lat kosztuje €2, a cenne nagrody sponsorują lokalne biznesy (kolacja w restauracji, manicure w salonie piękności, prezent od sklepu, itp.). Dwa lata temu, naszym zadaniem było zorganizowanie stanowiska z książkami i filmami. Rodzice z całej szkoły mogli ofiarować książki oraz płyty DVD, które były im już niepotrzebne. Podczas kiermaszu, książki kosztują €0.50 lub €1. Co roku jest też grota Św. Mikołaja, którego dzieci mogą odwiedzić za uiszczeniem opłaty €3, kawiarnia, zachęcająca domowymi wypiekami, stanowisko rękodzieła, przygotowywane przez nauczycieli.

Z tych wszystkich inicjatyw tchnął duch pozytywnego myślenia. Jest kryzys. Każdy zastanowi się kilka razy, zanim wyda centa. A jednocześnie wszyscy lubimy dobrą zabawę!

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Grudzień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Blog Stats

  • 39,264 hits
%d blogerów lubi to: