You are currently browsing the tag archive for the ‘Polska’ tag.

W ubiegłym roku w lipcu Paweł zagadnął: „może wezmę udział w maratonie”. „A kiedy jest ten maraton i ile to km?” zapytałam. Brak odpowiedzi. „Tata poszedł wyrzucić śmieci” przyszła mi z pomocą Lusia. Po chwili: „Ile to km i kiedy? ” drążyłam. Brak odpowiedzi. Aha, rozmawia przez telefon. Wreszcie się odważył: „42km, w październiku. Mam aż 3 miesiące, żeby się przygotować”. Kiedy ochłonęłam: „Przecież od 2 lat w ogóle nie biegasz. Do maratonu trzeba się przygotowywać przez wiele mesięcy i to w odpowiedni sposób”. „Nie wierzysz we mnie” stwierdzenie zranionego mężczyzny. Po godzinie serwis informacyjny: „Wpisałem się. Pojutrze zaczynam trening, 17km”. „Zwariowałeś. A poza tym, nie masz kiedy biegać” osłupiałam. W odpowiedzi Paweł przedstawił swój plan: „Będę biegał w soboty w górach, jak Lusia ma konie (i tak na nią czekam) i raz w tygodniu wieczorem, jak dzieci pójdą spać. Aha, zapłaciłem za udział 80 euro”.

Następnego dnia byłam z Lusią w bibliotece. Spostrzegłam na półce książkę o tym, jak przygotować się do maratonu.  Taki zbieg okoliczności! Niestety, książka była zarezerwowana. Wieczorem zaproponowałam Pawłowi, że kupię taką książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, odmówił. Ciągle jeszcze był obrażony…

Poniedziałek, po sobotnim 17-kilometrowym biegu: „Dotknij moją łydkę. Jak ruszam nogą, coś tu chrzęści”. W ciągu kolejnych 3 tygodni miały miejsce 2 wizyty u 2 różnych fizjoterapeutów w Irlandii, z których każdy postawił inną diagnozę oraz 1 wizyta u chirurga w Irlandii, który postraszył sterydami, 1 wizyta u lekarza sportowego w Polsce, usg i seria masaży. Wszyscy specjaliści byli zgodni co do jednego szczegółu – nie ma szans na udział w maratonie. Pani doktor, oglądająca nogę w Polsce, westchnęła: „W tym tygodniu miałam już dwóch 40-latków z zerwanym ścięgnem achillesa, którzy z dnia na dzień poczuli drugą młodość i natychmiastową chęć poprawienia swojej kondycji.”

Po kilku miesiącach Lusia przygotowuje list do Św. Mikołaja: „Tato, a dla Ciebie o co poprosić?”. Paweł bez chwili wahania: „Poproś o tę książkę o przygotowaniach do maratonu, którą mama chciała mi kupić”.

Były też książki pożyczone od znajomych, książki z biblioteki, rozmowy z osobami, które biegły już w maratonach. Na przykład, jeden z naszych sąsiadów ukończył tegoroczny maraton w Paryżu, razem ze swoimi braćmi i ponad 70-letnim ojcem. Takie rodzinne spotkanie w biegu. I bardzo motywujące!

W kwietniu Paweł z sukcesem bierze udział w 10-kilometrowym biegu charytatywnym. Stopniowo zwiększa dystans, przygotowując się regularnie do wrześniowego półmaratonu w Dublinie. Trzy dni temu ogłasza: „Dziś przebiegnę 21 km, żeby sprawdzić czas. Powinienem wrócić za ponad 2 godziny”. Po 40-minutach staje w drzwiach ze spuchniętym kolanem. „Wiesz, w jednej z tych książek było napisane, że metodą na szybszy bieg, jest patrzenie na wprost, zamiast pod nogi. Nie przewidzieli tylko, że w naszej okolicy jest akurat jakiś festiwal i rozkładają metalowe konstrukcje. Szare belki niedbale porozrzucane na szarym deptaku. Biegłem szybko, patrzyłem w dal, padłem plackiem” opowiada. „Mam nadzieję, że później już nie biegłeś” patrzę na niego badawczo. No tak…

Kolano, pomimo smarowania Altacetem i okładów ze świeżych liści kapusty, nadal jest trochę spuchnięte. Półmaraton już za 5 dni. Teraz chyba muszę rozejrzeć się za książką o pozytywnym myśleniu?

Podejmując decyzję o wyjeździe do Irlandii, zastanawialiśmy się, jakie korzyści miałaby z tego, trzyletnia wtedy, Lusia. Na liście plusów znalazła się nauka angielskiego.

Po kilku dniach poznawania okolicy oraz porządkowania domu i ogródka, postanowiłam rozejrzeć się za przedszkolem. W czasie spacerów zlokalizowałam trzy. Kolejne dwa znalazłam przez internet. Był koniec czerwca. Chciałam, żeby Lusia zaczęła chodzić do przedszkola w lipcu. Początkowo na dwie godziny, żeby mogła się przyzwyczaić i stopniowo zwiększać ilość godzin. Zadzwoniłam do tych pięciu przedszkoli. Od razu z listy musiałam wykreślić trzy: w jednym nie było miejsc; w drugim było miejsce, ale tylko w godzinach 9:00 – 12:30; w trzecim było miejsce od razu na cały dzień. Przedszkole, w którym było miejsce w godzinach porannych, wydawało się idealnym rozwiazaniem dla osoby niepracujacej. Ja, natomiast, zamierzałam rozpocząć pracę pod koniec roku. Wariant dwugodzinny nie wchodził w grę w żadnym przedszkolu. Ostatecznie, Lusia zaczęła chodzić do przedszkola, które zaoferowało miejsce na kilka godzin. Po dwóch miesiącach przeniosłam ją do przedszkola, w którym było wolne miejsce na cały dzień. Wtedy zdecydowałam się podjąć pracę na pełny etat.

Irlandia lato 2006. Boom. Instytucja „przedszkole państwowe” nieznana. Instytucja „żłobek” nieznana. Przedszkole prywatne może założyć praktycznie każdy. Chętni są mile widziani. Programy rządowe oraz urząd miasta zachecają dotacjami. Przedszkoli po prostu brakuje. Najczęściej przyjmowane są dzieci w czterech grupach wiekowych: +4 miesiące (grupy 3-osobowe), +10 miesięcy (grupy 6-osobowe) ,+2 lata (grupy 8-osobowe), +3 lata (grupy 8-osobowe, określane jako Montessori). W naszej dzielnicy, miesięczny koszt za opiekę całodniową 8:00-18:00 to około 900-1000 euro; za pół dnia około 550-600 euro. W ofercie zdarzają się dodatkowo płatne zajęcia z rytmiki. Niektóre przedszkola zatrudniają kucharkę, która przygotowuje śniadania, owoce, jednodaniowy obiad oraz podwieczorek. Do innych, dzieci przynoszą posiłki z domu. Na taka rzeczywistość natrafiliśmy tuż po przyjeździe. Musieliśmy „wyskrobać” z naszego domowego budżetu pokaźną sumkę na edukację Lusi.

Irlandia lato 2012. Kryzys trwa. Od dwóch lat funkcjonuje program rządowy, dofinansowujący naukę przedszkolną. Mogą z niego korzystać dzieci, które na dzień 1 września danego roku, ukończyły 3 lata i 3 miesiace. Program pokrywa koszt pobytu dziecka w przedszkolu przez 3 godziny dziennie. Przedszkole musi spełniać określone warunki, aby wziąć udział w programie, m. in. zatrudniać nauczycieli Montessori. Obowiązuje również ustandaryzowany program. Dzięki niemu, dzieci w wieku +4 lata i 3 miesiące, które rozpoczną szkołę podstawową, będą znały wszystkie litery alfabetu i cyfry od 0 do 10. W takiej rzeczywistości znajdujemy się obecnie. Tusio od września będzie objęty programem ECCE.

Dzieci (z wyjątkiem programu ECCE) są zapisywane do przedszkoli w zależności od potrzeb rodziców, na dowolne godziny lub dni. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby nie napisać: czasy się zmieniły.

W sobotę, po kilku dniach deszczu i mżawki, promieniom słońca udało się przedrzeć przez gęste chmury, aby przywrócić nam nadzieję na piękne lato. Szósty zmysł Pawła skoro świt zarejestrował zmianę aury. To spowodowało, że zostałam obudzona okrzykiem „będzie słońce, hurra! jedźmy gdzieś”. Po czym nastąpiła wymiana pomysłów i ich wzajemne odrzucanie „tu za daleko, tu za blisko, tam byliśmy ostatnio”. Zwyciężyło Kildare, Tully, Stadnina Koni Irish National Studs i Ogrody Japońskie. Od nas godzina jazdy samochodem. Byliśmy tam pięć lat wcześniej, czyli dawno temu.

Na miejscu wymarzony upał (jak na Irlandię), 20 stopni, ciepły wiatr. Kupujemy bilety wstępu. Czekamy na przewodnika, spacerując po bardzo zadbanym terenie stadniny. Tymczasem w punkcie spotkań zbiera się spora grupa turystów. Po kilku minutach, dołącza do nas przewodnik, Kate. Opowie nam historię stadniny i wprowadzi nas w tajniki biznesu, jakim jest hodowla koni pełnej krwi. Ogrody Japońskie oraz Ogrody St. Fiachra zwiedzimy sami, przy pomocy folderu z mapką.

Konie w Tully

Szkot, William Hall Walker, w 1900 roku założył hodowlę koni pełnej krwi na terenie, zakupionym od miejscowego farmera. W 1917 roku przekazał świetnie prosperującą stadninę władzom Wielkiej Brytani, w podziękowaniu za otrzymany tytuł szlachecki. W 1943 roku stadnina stała się własnością rządu irlandzkiego, a od 1945 roku funkcjonuje pod nazwą Irish National Stud.

Działalność polega na hodowli koni rasowych, czyli inaczej mówiąc na ich rozmnażaniu. Koń bierze udział w wyścigach zazwyczaj pomiędzy drugim, a szóstym rokiem życia. Zwyciężając, powiela majątek swego właściciela. W trakcie czteroletniej kariery może skumulować setki tysięcy euro. Ale jeszcze więcej zarobku może przysporzyć właścicielowi po tych sześciu latach sławy i wzmożonych treningów.

Konie wyścigowe na emeryturze

I tu od razu rzuca się w oczy nierówność płci. Emerytowane ogiery mają pojedyncze luksusowe boksy z przeszklonym dachem i pojedyncze wybiegi. Klacze śpią i biegają razem. Na drzwiach do boksu ogiera jest metalowa tabliczka z opisem jego sportowych osiągnięć. Na drzwiach do zbiorowej stajni klaczy są umieszczone kartki papieru. Zadaniem emerytowanego ogiera, który trafia do stadniny, jest zapewnienie potomstwa „koleżankom” z wyścigów. Ogier „spotyka” w sezonie około 100 klaczy. Od klaczy oczekuje się, że urodzi jedno źrebię rocznie. I tak przez kolejne 20 lat. Okres rozpłodowy trwa od 15 lutego do 15 lipca. Dzięki temu porody, po 11 mięsiącach ciąży, przypadają na okres od 15 stycznia do 15 czerwca. To natomiast, zapewnia właścicielowi wystarczająco silnego konia na wyścigi w odpowiednim dla niego roczniku, gdyż daty urodzin są zawsze oznaczane na dzień 1 stycznia.

Ogiery są zazwyczaj własnością stadniny. Za każdą randkę ogiera i klaczy, której efektem będzie urodzone źrebię, właściciel klaczy uiszcza opłatę właścicielowi ogiera. Obecnie cena waha się od 4 tys. do 60 tys. euro (ogier Invincible Spirit). Pomnożone przez 100 w sezonie… Właściciel klaczy płaci również za jej pobyt w stadninie, 27 euro za dobę. Z kolei jego zarobek to zysk ze sprzedaży źrebaka. Najkorzystniejsza transakcja w tym sezonie: koszt 60 tys. euro, sprzedaż 111 tys. euro, zysk 51 tys.

Niektóre ogiery, po sezonie irlandzkim, są transportowane samolotem do Australii. Czeka je tam 4-tygodniowa kwarantanna, czyli urlop, a następnie kolejnych 100 klaczy. Po zakończeniu sezonu australijskiego, ogier wraca do Irlandii i przechodzi kolejną 4-tygodniową kwarantannę.

Jakiś mężczyzna z tłumu westchnął „ale fajna praca”. Inny dodał „tylko po co ten urlop”. Jego partnerka zgromiła go wzrokiem.

Hodowla w praktyce

Właściciel klaczy wybiera ogiera, analizując jego „wyścigowe CV” oraz osiągnięcia jego starszego potomstwa. Następnie rezerwuje termin pobytu klaczy w stadninie. Zdarza się, że aplikacja zostaje odrzucona z powodu zbyt miernych wyników klaczy w wyścigach lub … z braku miejsc. Klacz jest regularnie badana przez weterynarza. Codziennie przechodzi też test „gotowości”, przy udziale specjalnie przeznaczonego do tego celu konia, zwanego „teaser”. Spotykają się na dziedzińcu „testowym”. Jeśli klacz zignoruje obecność „teasera”, oznacza to, że nie jest to jeszcze ten dzień. Jeśli okaże zainteresowanie, „teaser” jest odprowadzany, a klacz zostaje zabrana na spotkanie z ogierem. Świadkiem tej randki jest pięcioosobowy zespół. Poza personelem stadniny, fotograf, który ma przedstawić właścicielowi klaczy niezbite dowody ojcowstwa. Po kilku tygodniach klaczy wykonuje się USG. Po 11 miesiącach następuje poród. Jeśli źrebak jest wcześniakiem, stadnina dysponuje inkubatorem. Klacz, w dniu przewidywanego porodu, jest badana co pół godziny. Personel stara się być obecny przy porodzie. Ale, pomimo stałego dozoru, często klaczy udaje się urodzić w samotności. W ciągu pół godziny, kiedy nikt jej nie przeszkadza. Zwykle w nocy. Następnego ranka klacz i źrebię są gotowi do wyjścia na łąkę.

Opieka nad noworodkiem

Czasem zdarza sie, że klacz nie przeżyje porodu, odrzuci noworodka lub po prostu nie produkuje wystarczającej ilości mleka. Wtedy stadnina oferuje mamkę. Jest to klacz nierasowa, zatrudniona do pracy w stadninie, podobnie jak koń „teaser”, z którym to ona co roku ma źrebaka. Jeśli konieczna jest dodatkowa opieka nad maluchem pełnej krwi, w nocy źrebak mamki zostaje podmieniony.

Co dalej?

Półroczny źrebak jest zwykle gotowy do rozpoczęcia treningu. Jednym z miejsc szkolenia koni wyścigowych jest Curragh, również położone w pobliżu Kildare. Ale to już zupełnie inna historia.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Przed naszym nowowynajętym domkiem na południu Dublina stały dwa pojemniki na śmieci. Zielony, przeznaczony na papier i plastik oraz czarny, na pozostałe odpady. Dowiedzieliśmy się, że w pobliżu znajduje się również centrum recyklingu, w którym można zostawiać szkło i aluminium. W 2006 roku, na naszym krakowskim osiedlu nie było jeszcze, popularnych dziś, kolorowych pojemników. Dlatego z ciekawością obserwowaliśmy, z jaką fascynacją Lusia zabrała się do segregowania śmieci. Ponieważ nie dosięgała do kranu nad zlewem, opakowania po jogurtach płukała w łazienkowej umywalce. Bez względu na pogodę, maszerowała przed dom, żeby przesypać do zielonego pojemnika papierowo-plastikową zawartość kuchennego kosza, jak tylko był zapełniony. W soboty, po śniadaniu wyjmowała z ogrodowej szopki pudełko ze szkłem i przeciągała je pod drzwi domu. Wyprawa do centrum recyklingu stała się prawie tak atrakcyjna, jak wyjście do wesołego miasteczka.

Największą frajdą okazało się coroczne zawożenie choinki na Killiney Hill, gdzie po Bożym Narodzeniu, organizowany jest punkt składowania, niechcianych już, sosen i świerków. Lusia z dumą zanosiła też do szkoły zużyte baterie, które uprzednio pieczołowicie zbierała przez kilka miesięcy do specjalnej puszki. Regularnie dostawaliśmy także worki na zużyte ubrania od irlandzkiej organizacji, zajmującej się segregowaniem i przetwarzaniem tekstyliów.

Zupełnie inaczej do recyklingu podszedł Tusio.

Kosz do segregacji śmieci trzyleni dziś Tusio odkrył kilka miesięcy temu. Problem polegał na tym, że wrzucał do niego wszystko, co akurat uznał za zbędne. Ale my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Pewnego ranka, szukając skarpetek Tusia, w akcie desperacji, zajrzałam do kosza na plastik i papier. Nie znalazłam w nim, co prawda, skarpetek, ale na dnie dostrzegłam dwie kredki. Odtąd codziennie sprawdzałam bardzo dokładnie zawartość kosza. Udało mi się odzyskać płytę DVD, książeczkę z obrazkami, czapkę i kilka klocków.

Wracamy ze spaceru.  Tusio zdejmuje buty, myje rączki, zagląda w kilka kątów, uporczywie pociera oczy. „Tusiu nie trzej oczek, bo pobrudzisz sobie okulary”. Okulary! Gdzie są okulary?! Ja: „Tusiu gdzie położyłeś okularki?” Tusio: „Gdzie Tusio ma okularki?” Ja: „Tusiu gdzie są okularki?” Tusio: „Okularki recykling.” Tym razem z nadzieją zaglądam do kosza na plastik i papier”. Niestety… Zakładamy z powrotem buciki. Wracamy do miasteczka. W każdym sklepie pytam, czy ktoś znalazł dziecięce okulary. Niestety… Do dziś się nie znalazły. W każdym razie ja ich nie znalazłam. Zostały, w Tusiowi tylko znany sposób, zutylizowane. 100% plastik.

Sen z oczu spędza mi pytanie, jak bardzo kreatywny będzie recykling w wydaniu kilkunastomiesięcznej obecnie Róży.

Niedługo po przyjeździe do Irlandii, idąc rano po drobne zakupy, zauważyłam w naszej dzielnicy wzmożony ruch. Po ulicy przechadzali się ludzie, ubrani w stylu początków XX wieku. W kawiarniach, panie w sukniach sprzed wieku i panowie w melonikach prowadzili wesołe rozmowy przy porannej kawie. Przed jedną z restauracji stała pięknie udekorowana bryczka z wąsatym woźnicą. W tle żwawy kamerzysta. Aha, wszystko jasne, pomyślałam. Pewnie nagrywane są sceny do jakiegoś filmu.

Popołudniu wybrałam się z Lusią na spacer brzegiem morza. Kiedy zbliżałyśmy się do wieży Jamesa Joyce’a, spotkałyśmy rozbawione towarzystwo pań w kapeluszach i długich sukniach. „Happy Bloomsday” usłyszałam. Zaraz, zaraz, Bloomsday… Joyce… „Ulysses”! Tak, to musi mieć związek z Bloomem, bohaterem „Ulyssessa”. Od jednej z pań dowiedziałam się, że co roku, 16 czerwca oraz w tygodniu poprzedzającym, w Dun Laoghaire, Glasthule i Sandycove, odbywa się Bloomsday Festival, nawiązujący do bohatera „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a. Kolejna okazja do dobrej zabawy.

Wiele kawiarni, restauracji i pubów wystawia na ulicę dodatkowe stoliki, przygotowuje specjalne menu śniadaniowe i obiadowe. Właściciele okolicznych sklepików dekorują okna wystawowe tak, aby oddać klimat lat 20-tych ubiegłego wieku. W księgarniach promowane są dzieła Joyce’a. W wielu miejscach odbywa się czytanie fragmentów „Ulyssesa” lub można usłyszeć odtwarzaną z gramofonu muzykę z tamtych lat. Warto też sprawdzić repertuar pobliskiego Pavilion Theatre.

W tym roku postanowiliśmy w pełni poczuć klimat tego dnia. Przetrząsnęłam szafę i skompletowałam strój, którego nie powstydziłaby się sto lat temu mieszkanka Dublina: biała letnia sukienka do kostek, ozdobiona falbaną, kremowy płaszczyk do kolan z rękawami wykończonymi falbaną, na to kremowy koronkowy szal i oczywiście obowiązkowy kapelusz. Cała rodzina wyglądała imponująco! Miejscowi paparazzi, czyli starsze panie w kapeluszach i koronkowych rękawiczkach, zaskakiwały nas błyskiem aparatów fotograficznych. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w kawiarni 64, a obiad zjedliśmy w słynącej z wyśmienicie przyrządzanych dań rybnych, restauracji Cavistons. Atmosferę dnia podkreślały piosenki, śpiewane przez świetnie przygotowany chór męski.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeczytać od początku do końca tę niemal 1000-stronicową książkę!

Historia zdarzyła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy dwunastomiesięczny Tusio nauczył się chodzić. Jego ulubionym zajęciem stało się nanoszenie poprawek w zadaniach domowych Lusi i przestawianie zabawek w jej pokoju. To może jeszcze byłaby w stanie mu wybaczyć, ale pewnego dnia Tusio zauważył, że Lusia ma długie włosy. Pociąganie za warkocz stało się jego codziennym ulubionym rytuałem. Lusia coraz częściej komentowała różne wydarzenia, dodając: „ona to ma szczęście, ma starszą siostrę”, „myślałam, że on od razu będzie taki duży i fajny jak ja”.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce

Dotąd dzieliliśmy się z Pawłem opowiadaniem bajek na dobranoc. Kto akurat miał wolną chwilę przejmował wieczorne „usypianki”. Akcja moich bajek toczyła się zazwyczaj w zaczarowanej krainie koników, kotków, motylków, itp. Były skutecznie usypiające. Rzadko kiedy miałam okazję opowiedzieć zakończenie. Bajki Pawła były zabawne, Lusia często chichotała i namawiała go, żeby opowiedział następną. W związku z narastającym napięciem na linii Lusia-Tusio, wymyśliłam nową serię bajek. Były to historyjki o ślicznym kucyku, który bardzo lubił bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, wybaczał im wszelkie psoty i był bardzo pomocny dla swojej mamy. Po kilku dniach Lusia jasno wyraziła swoje zdanie: „Mama, znowu ta pouczająca bajka. Niech tata opowie mi super głupią bajkę o Misiu Fisiu Fiu Bździu. Please”. Wzięłam głębi wdech, później wydech. Pomyślałam „co za niewdzięczne dziecko, ale trzeba uwzględnić to please”. Powiedziałam „dobrze kochanie”. Przycupnęłam za drzwiami. Tak głupiej bajki jeszcze w życiu nie słyszałam, też coś. Ale po chwili zdałam sobie sprawę, że trzymam się za brzuch ze śmiechu.

Sobotni spacer

Tata, zobacz jakie fajne skały. Tam jest foka, prawda tata? Mama, czy mogłabyś pchać wózek z bobasami, bo chcę coś pokazać tacie. Pewnie, bobasy przynajmniej mnie docenią! Ale bobasy powoli przestają być bobasami. Lusia znajduje ptasie gniazdo w krzakach, tata musi je zobaczyć i znikają z pola widzenia. Z wózka odzywa się trzyletni Tusio „mama, gdzie tata?”

Jazda na rowerze

Pięcioletnia wtedy Lusia wraca ze szkoły z wiadomością, że wszyscy koledzy jeżdżą na rowerach, na dwóch kółkach. Jest piątek. Od poniedziałku biegam za nią, podtrzymując rower. Bez rezultatu. Sobota, Lusia z Pawłem ćwiczy utrzymywanie równowagi na rowerze. Po godzinie wracają uśmiechnięci od ucha do ucha. „Mama, podejdź do okna i patrz”. Lusia daje popis swoich umiejętności.

W szkole

Zaglądam do Lusi zeszytu z angielskiego. Opis długiego weekendu: „Piątek – jeździłam na rowerze, a tata biegał, sobota – tata biegał, a ja jeździłam na rowerze, niedziela – byłam z tatą na placu zabaw, poniedziałek – jeździłam z tatą na rolkach”. Pod spodem dopisek wychowawcy „fajny tata”. Zagaduję Lusię: „Bardzo ładnie napisałaś. Ale byłaś też ze mną w National Gallery i na koniach”. Lusia: „oops, zapomniałam.”

Punkt widzenia

Postanawiam spojrzeć na całość z innej strony. Skoro tata wie i robi wszystko najlepiej, to świetnie. Odtąd tata biega za dziećmi, które uczą się chodzić, jeździć na hulajnodze, zjeżdżać ze zjeżdżalni. W ostatnią sobotę na przykład wraca zmęczony po wyprawie na pobliskie wzgórze. „Popularność jest jednak wyczerpująca” oznajmia. „Zdrzemnij się godzinkę” proponuję. Bawię się z dziećmi w ogródku. Lusia robi notatki w swoim pamiętniku. Po kilku minutach przez otwarte okno sypialni dobiega jej donośny głos: „Tata, jak nazywa się ten piłkarz, co strzelił gola dla Polski w piątek?” Paweł zaspanym głosem przypomina, że miała mnie o wszystko pytać, kiedy on śpi. „Tak, ale mama nie zna się na futbolu, prawda tata?”

Grunt to pozytywne myślenie i dobra organizacja, prawda tata?

Wczorajszy poranek spędziłam na śniadaniu charytatywnym, które zorganizowała jedna z moich irlandzkich koleżanek. Joan organizuje kilka takich spotkań w ciągu roku. Podczas śniadań odbywa się dyskretna zbiórka na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej. Jest to jednocześnie świetna okazja dla wszystkich zaproszonych osób, żeby odświeżyć dawne i zawrzeć nowe znajomości, czyli po prostu dobrze się bawić w miłym towarzystwie.

Tym razem wspieramy lokalne hospicjum w ramach Hospice Sunflower Days.

Naciskam dzwonek. Jak zawsze radosna Joan otwiera drzwi. W kuchni jest już kilka osób. Przechodzimy do gustownie urządzonego salonu. Podziwiamy pięknie udekorowany stół ze słodkościami. Za oknem leje deszcz. Jak dobrze ogrzać się gorącą filiżanką kawy. Żartuję, że czuję się jak na przyjęciu dla celebrities.  Wtedy wstaje Rachel i włącza telewizor. Prezentuje nam wywiad, którego jej siostra, Susan, udzieliła poprzedniego dnia w programie, promującym kwestowanie na rzecz hospicjów. Susan odpowiada za duże ogólnokrajowe projekty w jednej z organizacji charytatywnych. Joan puszcza do mnie oko i pyta, czy miałam okazję założyć buty, które dostałam podczas charytatywnego wieczoru sprzed kilku miesięcy.

W październiku Joan postanowiła, zamiast tradycyjnego już śniadania, urządzić wieczorne przyjęcie. W śniadanich zazwyczaj uczestniczą osoby bez zawodowych zobowiązań. Wpadają na godzinkę, wychodzą, za chwilę dołączają inni. Większość, tak jak ja, przychodzi z małymi dziećmi. Dzieci buszują w ogrodzie albo badają zawartość specjalnie przygotowanego pudełka z zabawkami.

Wieczorne spotkanie charytatywne było zupełnie inne. Przede wszystkim wzięło w nim udział dużo więcej osób, bo dołączyły do nas również zaangażowane zawodowo koleżanki.  Poza tym, był to zupełnie wolny wieczór dla każdej z nas. Dzieci smacznie spały we własnych łóżkach, pod opieką naszych mężów, partnerów lub niań. Dodatkowo, tym razem Joan wpadła na pomysł, żeby każda z nas przyniosła eleganckie rzeczy, których już nie używa (torebki, paski, apaszki). Podczas przyjęcia, poza zbiórką pieniedzy na rzecz Breast Cancer Ireland, miałyśmy wymienić się przyniesionymi rzeczmi, tak, żeby każdy wrócił do domu z czymś nowym-dla-niego. Moją pamiątką tego wieczoru są piękne satynowe pantofelki. Pani, która je przyniosła, opowiedziała taką oto historię: Co roku, w dniu urodzin dostawała od męża ogromny bukiet kwiatów. Uważała, że był to bardzo romantyczny gest. Z biegiem lat stała się jednak bardziej praktyczna i zaproponowała mężowi, żeby kupił jej prezent, którym mogłaby się cieszyć dłużej niż dwa tygodnie. Dostała te właśnie śliczne satynowe pantofelki, prosto z pracowni francuskiego projektanta. Cieszyła się nimi co prawda przez ponad rok, ale nigdy ich nie założyła. Rozmiar był zbyt mały, a butów nie można było wymienić. Marzeniem ich właścicielki było, żeby przekazać je komuś, kto bedzie je nosił. Tamtego wieczoru miałyśmy na sobie wieczorowe suknie. Moja była w kolorze tych satynowych butów. Ktoś mi je podał, prosząc, żebym przymierzyła. Pasowały idealnie. Wróciłam w nich do domu. (Pawel o dziwo zauważyl, że mam na sobie inne buty, niż te, w których wyszłam).

Buty zakładam na wyjątkowe okazje. Na przykład, żeby powitać Pawła, który wraca z Phoenix Park, z 10-kilometrowego charytatywnego biegu księgowych na rzecz profilaktyki chorób serca. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wyciągnąć zza biurek dziesiątki młodych ludzi z jednej branży, uświadomić im, jakie są konsekwencje prowadzenia „osiadłego” i pełnego stresów trybu życia, zachęcić ich do uprawiania sportu. Przy tym odbyła się zbiórka na Irish Heart Foundation.

Dzięki takim zdeterminowanym ludziom jak Joan, pomoc trafia do tych, którzy jej naprawdę potrzebują: specjalistycznych szpitali, hospicjów, ludzi bez domu. Niesamowita jest różnorodność pomysłów na zdobywanie finansowania akcji charytatywnych, z jakimi zetknęłam się w Dublinie. Pozytywne łączenie przyjemnego z pożytecznym.

Minęło kilka dni naszego „irlandzkiego życia”. Znajomi, którzy rok wcześniej przyjechali do Dublina, zaprosili nas na sobotni obiad. Plan na rano – spać tak długo, jak to możliwe, żeby wypocząć po całym tygodniu. O świcie budzi nas dzwonek telefonu. Zmiana planów, propozycja nie do odrzucenia: pogoda wyjątkowo piękna, zaproszenie na obiad skasowane, w zamian za to piknik nad brzegiem jeziora ok. 45km od Dublina. Mamy spotkać się tam o 9:00, bo później może nie być wolnych miejsc parkingowych. Zrywamy się z łóżka, żeby pozbierać rzeczy, które mogłyby nam się przydać. To całodniowa wycieczka. Lusia przeciera zaspane oczy. Nie może doczekać się spotkania z dziećmi znajomych. Paweł sprawdza trasę. W drodze do Glendalough nie mam najlepszego humoru. Spontaniczność spontanicznością, ale czy oni musieli akurat dzisiaj jechać nad to jezioro? Na miejscu jest pięknie. Jezioro otoczone pagórkami i lasem. Fantastyczne powietrze, malownicze trasy spacerowe, zadbana przestrzeń do piknikowania. W pobliżu zabytki sprzed wieków.

                          

Znajomi są świetnie przygotowani do spędzenia dnia na świeżym powietrzu. Wyjaśniają, że Irlandia nauczyła ich, żeby cieszyć się z każdego dnia, w kórym świeci słońce. Ich piknikowy koszyk jest zawsze w pogotowiu. Obiad w domowym zaciszu można zorganizować kiedykolwiek. Piknik nad jeziorem, jeśli jest taki właśnie słoneczny dzień.

Po kilku latach życia w Irlandii, też mam taki piknikowy koszyk. Zaakceptowałam fakt, że prawdopodobieństwo trafności prognozy pogody wynosi tu 50%.W korytarzu stoi 5 par kaloszy (jest nas już piątka). Ostatecznie ile dni można siedzieć w domu w oczekiwaniu na suszę? Z pustego w próżne można równie dobrze przelewać łopatką wodę z kałuży, jak i przesypywać piasek na plaży.

Dostaję kartkę informującą o planowanej wycieczce szkolnej. Obowiązkowy dopisek „zależnie od pogody”. Dziś rano świeciło słońce, ale gromadzące się chmury nie wróżą słonecznego popołudnia. Trzyletni Tusio odważnie zanurza bosą stopę w morskiej wodzie. „Mama jaka ta woda?” Ciepła – jak na Irlandię.

Drugi dzień w Dublinie, niedziela. Pogoda wymarzona na spacer. Wychodzimy z domu, zamykam drzwi. Sięgam do torebki po klucz. Klucz został w domu w innej torebce. Sięgam do klamki, żeby się wrócić, ale zamiast klamki jest okrągły uchwyt. Przypominam sobie, że od wewnątrz jest zamek zatrzaskowy. W momencie zamknięcia drzwi, zamek zatrzaskuje się i można go odblokować z zewnątrz tylko kluczem. Paweł bawi się z Lusią przed domem w berka. On też nie wziął ze sobą klucza. Szybka ocena sytuacji. Właściciel przekazał nam dwie pary kluczy, czyli wszystkie. Możemy poszukać ślusarza, ale jest niedziela. W sypialni na piętrze zostawiliśmy otwarte okno. Gdybyśmy mieli drabinę… Pukamy do domu naprzeciwko. Otwiera uśmiechnięta Irlandka, około 60-letnia. Przedstawiamy się i opowiadamy, co się stało. Jej mąż przynosi drabinę. Wchodzę do naszej sypialni na piętrze. Jesteśmy uratowani! Po chwili oblega nas gromadka dzieci. Zadają mnóstwo pytań, np.: czy kupiliśmy ten dom, gdzie pracujemy, skąd jesteśmy. No cóż, wchodząc do domu przez okno na piętrze, stałam się widoczna dla wszystkich mieszkańców osiedla. Dzieci przybiegły z gotowymi zestawami pytań. Od tego dnia przestajemy być anonimowi.

Dwa lata później, lipiec. Lusia spędza wakacje u babci w Polsce. Paweł w delegacji. Wychodzę rano do pracy, zamykam drzwi… Jest ósma rano. Sąsiad z naprzeciwka ma jeszcze zasłonięte rolety. Dzwonię do Pawła, żeby opowiedzieć, co mi się przytrafiło. W odpowiedzi słyszę „Kochanie, wszystko przewidziałem, dorobiłem klucz i zakopałem go w doniczce z drzewkiem ozdobnym.” Odbiera mi mowę. Znajduję klucz. Jest misternie zawinięty w foliowy woreczek, żeby się nie pobrudził ziemią. Ciekawe od jak dawna tu na mnie czeka!?

Od tamtej pory, bardzo uważam. Zanim wyjdę z domu, dwa razy sprawdzam, czy mam w torebce klucz. Ale miesiąc temu bardzo się spieszyłam, żeby odebrać Lusię ze szkoły. Dwa razy sprawdziłam, czy w torebce jest klucz i w momencie zatrzaskiwania się drzwi, zdałam sobie sprawę z tego, że torebka została w korytarzu. W torebce został telefon i portmonetka. Przed szkołą poprosiłam irlandzką koleżankę o użyczenie telefonu. Zadzwoniłam do Pawła. Tym razem nie zakopał zapasowego klucza przed domem. Ale na szczęście nie był też w delegacji. Godzinę później otworzył dom.

Problem klucza mamy już z głowy. Przecież „do trzech razy sztuka”.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 32 obserwujących.

Sierpień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Blog Stats

  • 37,815 hits
%d blogerów lubi to: