You are currently browsing the tag archive for the ‘pozytywnie’ tag.

Od ponad dwóch lat, w każdy piątkowy poranek, po zaprowadzeniu Lusi do szkoły i Tusia do przedszkola, dołączam z Różą do grupy pięciu irlandzkich koleżanek na szybki godzinny spacer brzegiem morza. Po takim wysiłku zasłużona kawa i rogalik, albo irlandzka słodka bułeczka (scone). Najczęściej w pobliskiej kawiarni. Pogawędki na temat szkół, spędzania wolnego czasu, wychowywania dzieci, wydarzeń kulturalnych, książek, filmów…

Podczas tych piątkowych spacerów, zorientowałam się, że w tej grupie koleżanek, każda należy do klubu czytelniczego. Jest to modne. Sama idea przywodzi mi na myśl dyskusyjne kluby filmowe, z czasów liceum. W praktyce jednak, są to spotkania typowo towarzyskie, w damskim gronie, sześć – osiem osób. Nie ma tu struktury, ani rygoru; atmosfera jest relaksująca. Członkinie klubów spotykają się, na przykład, raz w miesiącu, aby omówić zaplanowane do przeczytania książki lub książkę. Spotkania odbywają się w domach, wieczorami, kiedy dzieci smacznie śpią. Panie siedzą na miękkich kanapach, przy ciepłych kominkach, z lampką wina w dłoni.

Spotkania są okazją, aby dowiedzieć się, co nowego ostatnio wydano lub po prostu usłyszeć, o czym jest książka, której nie ma się ochoty przeczytać. Na listach, wybranych do omówienia pozycji, dominują książki, wydane w Irlandii, Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy, zaprezentuję dzieła irlandzkich pisarzy i poetów, które sama przeczytałam: napiszę kilka słów o autorze, przedstawię pokrótce fabułę, zamieszczę moją recenzję oraz opinie moich irlandzkich koleżanek. Załączę też listę innych książek danego autora.

Zachęcam Was do wspólnego odkrywania literatury irlandzkiej. Zapraszam do dyskusji na temat tych książek, w formie komentarzy do poszczególnych wpisów. Oto lista, którą proponuję na początek:

Październik 2012, Cecelia Ahern „If you could see me now” („Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

Listopad 2012, Emma Donoghue “Room” („Pokój”)

Grudzień 2012, Colm Tóibin „Brooklyn” (“Brooklyn”)

Styczeń 2013, Neil Jordan “Mistaken”

Luty 2013, Colum McCann “Let the Great World Spin” (“Niech zawiruje świat”)

Wybrałam też kolejnych autorów, ale waham się jeszcze nad próbką ich twórczości:

Marzec 2013, Meave Binchy

Kwiecień 2013, Sarah Webb

Maj 2013, Joseph O’Connor

Przyjemnej lektury!

W ubiegłym roku w lipcu Paweł zagadnął: „może wezmę udział w maratonie”. „A kiedy jest ten maraton i ile to km?” zapytałam. Brak odpowiedzi. „Tata poszedł wyrzucić śmieci” przyszła mi z pomocą Lusia. Po chwili: „Ile to km i kiedy? ” drążyłam. Brak odpowiedzi. Aha, rozmawia przez telefon. Wreszcie się odważył: „42km, w październiku. Mam aż 3 miesiące, żeby się przygotować”. Kiedy ochłonęłam: „Przecież od 2 lat w ogóle nie biegasz. Do maratonu trzeba się przygotowywać przez wiele mesięcy i to w odpowiedni sposób”. „Nie wierzysz we mnie” stwierdzenie zranionego mężczyzny. Po godzinie serwis informacyjny: „Wpisałem się. Pojutrze zaczynam trening, 17km”. „Zwariowałeś. A poza tym, nie masz kiedy biegać” osłupiałam. W odpowiedzi Paweł przedstawił swój plan: „Będę biegał w soboty w górach, jak Lusia ma konie (i tak na nią czekam) i raz w tygodniu wieczorem, jak dzieci pójdą spać. Aha, zapłaciłem za udział 80 euro”.

Następnego dnia byłam z Lusią w bibliotece. Spostrzegłam na półce książkę o tym, jak przygotować się do maratonu.  Taki zbieg okoliczności! Niestety, książka była zarezerwowana. Wieczorem zaproponowałam Pawłowi, że kupię taką książkę. Ku mojemu zaskoczeniu, odmówił. Ciągle jeszcze był obrażony…

Poniedziałek, po sobotnim 17-kilometrowym biegu: „Dotknij moją łydkę. Jak ruszam nogą, coś tu chrzęści”. W ciągu kolejnych 3 tygodni miały miejsce 2 wizyty u 2 różnych fizjoterapeutów w Irlandii, z których każdy postawił inną diagnozę oraz 1 wizyta u chirurga w Irlandii, który postraszył sterydami, 1 wizyta u lekarza sportowego w Polsce, usg i seria masaży. Wszyscy specjaliści byli zgodni co do jednego szczegółu – nie ma szans na udział w maratonie. Pani doktor, oglądająca nogę w Polsce, westchnęła: „W tym tygodniu miałam już dwóch 40-latków z zerwanym ścięgnem achillesa, którzy z dnia na dzień poczuli drugą młodość i natychmiastową chęć poprawienia swojej kondycji.”

Po kilku miesiącach Lusia przygotowuje list do Św. Mikołaja: „Tato, a dla Ciebie o co poprosić?”. Paweł bez chwili wahania: „Poproś o tę książkę o przygotowaniach do maratonu, którą mama chciała mi kupić”.

Były też książki pożyczone od znajomych, książki z biblioteki, rozmowy z osobami, które biegły już w maratonach. Na przykład, jeden z naszych sąsiadów ukończył tegoroczny maraton w Paryżu, razem ze swoimi braćmi i ponad 70-letnim ojcem. Takie rodzinne spotkanie w biegu. I bardzo motywujące!

W kwietniu Paweł z sukcesem bierze udział w 10-kilometrowym biegu charytatywnym. Stopniowo zwiększa dystans, przygotowując się regularnie do wrześniowego półmaratonu w Dublinie. Trzy dni temu ogłasza: „Dziś przebiegnę 21 km, żeby sprawdzić czas. Powinienem wrócić za ponad 2 godziny”. Po 40-minutach staje w drzwiach ze spuchniętym kolanem. „Wiesz, w jednej z tych książek było napisane, że metodą na szybszy bieg, jest patrzenie na wprost, zamiast pod nogi. Nie przewidzieli tylko, że w naszej okolicy jest akurat jakiś festiwal i rozkładają metalowe konstrukcje. Szare belki niedbale porozrzucane na szarym deptaku. Biegłem szybko, patrzyłem w dal, padłem plackiem” opowiada. „Mam nadzieję, że później już nie biegłeś” patrzę na niego badawczo. No tak…

Kolano, pomimo smarowania Altacetem i okładów ze świeżych liści kapusty, nadal jest trochę spuchnięte. Półmaraton już za 5 dni. Teraz chyba muszę rozejrzeć się za książką o pozytywnym myśleniu?

W Irlandii bardzo popularne są miejsca o nazwie „Barber Shop”, co w moim wolnym tłumaczeniu oznacza golibrodę. W Polsce nigdy nie spotkałam się z taką wariacją usług fryzjerskich. Dlatego z zaciekawieniem wysłuchałam historii golibrody z pewnego irlandzkiego miasteczka w centrum kraju. Miasteczko było małe, a w nim aż dwa zakłady o nazwie „Barber Shop”. Kilka lat temu był jeden. Pracowali w nim ojciec i syn. Fach przekazywany z pokolenia na pokolenie. Obecnie strzyżenie, farbowanie i układanie włosów. Podobno jakiś czas temu syn przeniósł się do lokalu po drugiej stronie ulicy. Plotka głosi, że młody golibroda lubił raz za czas przerwać monotonię dnia, kontemplując dym od papieroska. Starszy cyrulik bardzo poważnie traktował klientów. Pouczał więc syna, by ten wychodził na przerwę tylko wtedy, kiedy poczekalnia jest pusta. W efekcie tych pouczeń, nastapiło pokojowe rozstanie. Starszy balwierz strzyże starsze pokolenie, a młodszy młodsze. Zasada ta nie została nigdzie zapisana, ale dziwnym trafem, tak się właśnie sprawy mają. Po jednej stronie ulicy styl fryzur „z tamtych lat”, po drugiej coś bardziej „trendy”. Problem przejmowania klientów nie zaistniał.

Starszy balwierz odwiedza codziennie syna w zakładzie naprzeciwko.

Trafiłam na takie właśnie rodzinne spotkanie. Zagadnęłam więc, czy dawniej golibroda zajmowal się goleniem bród. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, ale że oferta uslug była znacznie bogatsza: usuwanie zębów, czyszczenie uszu, nastawianie złamanych kości, a nawet amputacja nogi lub ręki. Rozejrzałam się niepewnie dookoła. „Czy nadal się tym zajmujecie” zapytałam. „Jeśli jest taka potrzeba” starszy cyrulik puścił do mnie oko. „Nie, nie, dziekuję. Dziś tylko czesanie” odparłam pośpiesznie.

Zanim przyjechałam do Irlandii, spotkanie rodziców, których dzieci chodzą do tej samej klasy, kojarzyło mi się z wywiadówką lub komitetem rodzicielskim. Tymczasem, w szkole, do której uczęszcza Lusia, żeńska część rodziców pielęgnuje zwyczaj, aby raz na kwartał spotykać się towarzysko. W którymś z pobliskich pubów. Jest to typowy babski wieczór okraszony plotkami. W tym tygodniu spotkałyśmy się z okazji zakończenia roku szkolnego. Ostatecznie, zasłużyłyśmy na lampkę wina po 10-miesięcznych zmaganiach z codziennością!

Irlandzkie puby są przyjemnym miejscem na spędzenie czasu. W tradycyjnych wnętrznach jest bar, lounge i kominek. Zazwyczaj w porze obiadu można zamówić coś ciepłego do jedzenia, a wieczorem dostępne jest bogatsze menu. Początkowo szokujący był dla mnie widok par, delektujących się kolacją po 21:00, obok których dzieci i dziadkowie oglądają mecz rugby. Późnymi wieczorami, zazwyczaj w weekendy, schodzą się miłośnicy irlandzkiej muzyki. Często ktoś przynosi ze sobą jakiś instrument, ktoś inny zaczyna śpiewać i nie wiadomo kiedy, cała sala tańczy.

Są też miejsca słynące z karaoke. Tam rzadko spotyka się całe rodziny. Nie zapomnę jak, idąc do takiego pubu na „szkolne” spotkanie, zarzekałam się, że nie wyjdę na scenę. I nie wyszłam. Nie było to konieczne. Kartki z tekstami i mikrofon przyniesiono nam do stołu. Bawiłyśmy się świetnie.

Jedynym w swoim rodzaju jest Johnnie Fox’s Pub w Glencullen. To pewnego rodzaju atrakcja turystyczna, pozwalająca zobaczyć Irlandię „w pigułce”. Można zarezerwować wykwintną kolację przy dźwiękach irlandzkiej muzyki oraz z irlandzk im tańcem w tle. Zwykłe drewniane stołki i ławy, zamiast wygodnych krzeseł, podkreślają swojski klimat.

Niesamowite jest dla mnie, jak ważną częścią tutejszego życia są puby. Niedługo po przyjeździe do Dublina, umówiłam się z nowopoznaną Irlandką, która miała córkę w wieku Lusi. Podała mi nazwę pubu, przy którym miałyśmy się spotkać. Zapytałam o ulicę. Nie wiedziała. Była zdziwiona, że ja nie wiem, gdzie jest ten pub. Irlandczycy spotykają się w lub w pobliżu pubu. Teraz, po sześciu latach, też bez trudu trafiłam na nasz „babski wieczór”, chociaż nie znałam nazwy ulicy!

Minęło kilka dni naszego „irlandzkiego życia”. Znajomi, którzy rok wcześniej przyjechali do Dublina, zaprosili nas na sobotni obiad. Plan na rano – spać tak długo, jak to możliwe, żeby wypocząć po całym tygodniu. O świcie budzi nas dzwonek telefonu. Zmiana planów, propozycja nie do odrzucenia: pogoda wyjątkowo piękna, zaproszenie na obiad skasowane, w zamian za to piknik nad brzegiem jeziora ok. 45km od Dublina. Mamy spotkać się tam o 9:00, bo później może nie być wolnych miejsc parkingowych. Zrywamy się z łóżka, żeby pozbierać rzeczy, które mogłyby nam się przydać. To całodniowa wycieczka. Lusia przeciera zaspane oczy. Nie może doczekać się spotkania z dziećmi znajomych. Paweł sprawdza trasę. W drodze do Glendalough nie mam najlepszego humoru. Spontaniczność spontanicznością, ale czy oni musieli akurat dzisiaj jechać nad to jezioro? Na miejscu jest pięknie. Jezioro otoczone pagórkami i lasem. Fantastyczne powietrze, malownicze trasy spacerowe, zadbana przestrzeń do piknikowania. W pobliżu zabytki sprzed wieków.

                          

Znajomi są świetnie przygotowani do spędzenia dnia na świeżym powietrzu. Wyjaśniają, że Irlandia nauczyła ich, żeby cieszyć się z każdego dnia, w kórym świeci słońce. Ich piknikowy koszyk jest zawsze w pogotowiu. Obiad w domowym zaciszu można zorganizować kiedykolwiek. Piknik nad jeziorem, jeśli jest taki właśnie słoneczny dzień.

Po kilku latach życia w Irlandii, też mam taki piknikowy koszyk. Zaakceptowałam fakt, że prawdopodobieństwo trafności prognozy pogody wynosi tu 50%.W korytarzu stoi 5 par kaloszy (jest nas już piątka). Ostatecznie ile dni można siedzieć w domu w oczekiwaniu na suszę? Z pustego w próżne można równie dobrze przelewać łopatką wodę z kałuży, jak i przesypywać piasek na plaży.

Dostaję kartkę informującą o planowanej wycieczce szkolnej. Obowiązkowy dopisek „zależnie od pogody”. Dziś rano świeciło słońce, ale gromadzące się chmury nie wróżą słonecznego popołudnia. Trzyletni Tusio odważnie zanurza bosą stopę w morskiej wodzie. „Mama jaka ta woda?” Ciepła – jak na Irlandię.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 33 obserwujących.

Czerwiec 2017
Pon W Śr C Pt S N
« Lu    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Blog Stats

  • 37,214 hits
%d blogerów lubi to: